A czy można powiedzieć, że internet zatarł podział na kulturę wysoką i popularną? Oraz na prawdziwych artystów i amatorów?
To jest dobre pytanie, bo pewnie z dekadę temu powiedziałbym, że tak, że internet skomplikował i przemieszał te porządki. Ale dziś myślę, że nie ma tak wielkiej rewolucji, jak mogliśmy się spodziewać. Mieliśmy ten moment fantazji o Web 2.0, gdzie wydawało się, że oddolność będzie podstawowym napędem internetu. Bardzo szybko jednak okazało się, że i to jest dyskurs wspierający wyzysk, sposób na to, by ludzie dostarczali darmowe treści. I oczywiście że trzeba pewnych kompetencji, czasu, nakładów różnych rodzajów energii, żeby coś sensownego zrobić, że jakościowe treści nie będą powstawać za darmo – w ten sposób możemy dostawać głównie opinie i zdjęcia tego, co ktoś dziś na siebie założył, co nie dla wszystkich jest interesujące. Równocześnie jednak ekosystem medialny zmienił się w tym sensie, że jest mniej hierarchiczny niż był kiedyś. Mamy masę nowych zjawisk, które mieszają porządki, jak chociażby influencerzy, bazujący na opowieści o swoim autentyzmie, o tym, że są tacy jak ludzie, którzy ich oglądają. Najczęściej jednak osobami, które tworzą, są półprofesjonaliści. Częściowo są to amatorzy, którzy chcą być profesjonalistami, a częściowo – i to wydaje mi się przykrym zjawiskiem – są to profesjonaliści, którzy zostali zdegradowani do roli półamatorów, bo rynek medialny ma znacznie mniej pieniędzy. Czarnymi charakterami są za to w tej historii te wszystkie firmy, które sterują ruchem w sieci, i które dzisiaj zjadają już pewnie większą część medialnego tortu, choć same nie produkują treści. Myślę, że to jest problem. Po stronie odbiorców i odbiorczyń to doświadczenie wymieszania dwóch porządków jest bardzo intensywne. Coraz mniej osób sięga po jakieś pakiety, przez kogoś wykuratorowane, bo najczęściej tym rekomendującym kuratorem jest teraz algorytm. A to prowadzi do sytuacji, gdzie treści bardzo ambitne, z dyskursu wysokoartystycznego albo bardzo poważne i dramatyczne, takie jak obrazy ofiar wojny, mieszają się na przykład z malowaniem paznokci i kotkami. Kiedyś takie zderzanie porządków było awangardową praktyką, dzisiaj myślimy o tym najczęściej w kategoriach banalizacji – bo wszystkie te elementy współwystępują na ekranach naszych telefonów.
Tak, smartfony wchłonęły gazety, telewizję, radio, rozmowy z ludźmi, z których kiedyś czerpaliśmy informacje o świecie.
Oczywiście dalej służą do rozmów, ale przeważnie takich, w których spotykamy osoby podobne do nas – i do korzystania z treści, które raczej polubimy. To wszystko wspiera efektywność, ale odciągają nas od sytuacji, które są wartościowe na poziomie myślenia o kulturze jako o pewnego rodzaju społecznym kleju. Myślę, że coraz mniej jest takich przestrzeni, do których trafiamy półprzypadkiem, gdzie możemy spotkać kogoś spoza naszej bańki. Te kulturowe, grodzone osiedla mają coraz wyższe mury, bo naszą dietę kulturową w coraz większym stopniu układają algorytmy.
Był pan współtwórcą projektu Kultura 2.0. Na czym on polegał?
To była taka ładna fantazja o tym, że kiedy różne bariery, jeśli chodzi o tworzenie i rozpowszechnianie treści w sieci, zostaną usunięte za sprawą technologii, to wtedy ta przestrzeń będzie bardziej demokratyczna i bardziej inkluzywna. To zawsze była trochę naiwna fantazja, ale ja się nie wstydzę naiwnych utopii. Natomiast to, jak dzisiaj jest zaprojektowany internet albo te wszystkie usługi, które z internetem kojarzymy, tę wizję unieważniło. Jeszcze kilkanaście lat temu sieć była przestrzenią znacznie bardziej otwartą. Podstawowym narzędziem oddolnej komunikacji w internecie był blog, otwarty na zagnieżdżenie w nim jakiegoś obrazu, napisanie długiego tekstu, robienie linków. Dzisiaj internet potwornie się scentralizował, a wielkie podmioty internetowe jak Meta czy Google robią bardzo dużo, żebyśmy wpisywali się w ramy komunikowania, używali raczej krótkich komunikatów, raczej pojedynczych linków i przede wszystkim, żebyśmy z ich ekosystemu nie wychodzili. Dla osób w moim wieku podstawowym medium społecznościowym jest Facebook. A to jest przestrzeń będąca dziś takim słupem ogłoszeniowym, służąca bardziej wymianie krótkich informacji niż blogosfera w czasach jej rozkwitu, w której oczywiście też było dużo rzeczy bardzo niskiej jakości i naiwnych. Myślę też – mógłbym się tu uderzyć w piersi – że te procesy otwierania kultury często jednak też podgryzały gałęzie "profesjonalnej" kultury. Cała ta zmiana ekosystemu przełożyła się na przykład na to, że redakcje mają dziś takie, a nie inne budżety, że wysłanie dziennikarza do jakiegoś miejsca, żeby zrobił reportaż, jest czymś rzadkim – nie skończyło się to dobrze.
A jakie można by wyróżnić kamienie milowe w rozwoju internetu? I jak to wyglądało w Polsce?
To znów szalenie obszerny temat, bo nawet gdybyśmy ograniczyli się do Polski i np. do czasu od uruchomienia numeru dostępowego 0202122 Telekomunikacji Polskiej, to mówimy o przeszło ćwierćwieczu. Ale spróbujmy. Na pewno takim ważnym momentem była Nasza Klasa, która bardzo poszerzyła zasięgi polskiego internetu, bo mówiąc krótko i trochę tylko upraszczając, osobom starszym dała jakiś sensowny powód, żeby w ogóle z internetu korzystać. Z kolei w ostatniej dekadzie takim super silnym trendem jest właśnie radykalna platformizacja internetu, dominacja dużych platform, które faktycznie tworzą zamknięty ekosystem i regulują funkcjonowanie w jego obrębie. Na to nakłada się też tzw. emocjonalizacja sieci, polegająca na uczynieniu z naszych emocji kluczowego towaru. Rozmaite serwisy tak głęboko wchodzą w nasze życie, że nie liczą się już różne treści, które ludzie wytwarzają, ale przede wszystkim emocjonalne reakcje. Stały się one takim nowym, niewyczerpanym polem roponośnym. Myślę, że ten moment platformizacji i mocniejszej centralizacji internetu sprawił, że wiele spraw związanych z internetem poszło nie tak, jak sobie można było wymarzyć.