Fascynującą sprawą są też mikroregionalizmy, słowa występujące na przykład tylko w jednym powiecie. Na twojej stronie pojawiały się takie perełki jak cior, czyli określenie bałaganu funkcjonujące tylko w powiecie suskim. Albo kubaba – jak nazywa się ziele angielskie na Kociewiu i w Borach Tucholskich.
Kubaba jest wyjątkowo interesującym przykładem. Słowo to występuje – może nie powszechnie, ale często – w okolicach Chojnic, Starogardu, Tczewa czy Nowego Miasta i co ciekawe najprawdopodobniej jest niderlandyzmem – pojawia się w miejscach związanych z osadnictwem olęderskim. Nazwa pochodzi od przypominającego ziele angielskie pieprzu kubeba sprowadzanego z holenderskich kolonii w Indonezji i Malezji.
Trudno powiedzieć, jak długie życie mają jeszcze przed sobą tego typu mikroregionalizmy, ale takich przykładów wraz ze społecznością skupioną wokół mojej strony znaleźliśmy sporo. Ostatnio okazało się na przykład, że w okolicach Sieradza i Zduńskiej Woli – i tylko i wyłącznie tam – na odcisk mówi się wzdyma. Wcześniej pojawił się choćby kuboj: tak mówi się na kaptur w okolicach Zawiercia. Hitem internetu okazał się naostrzyk, czyli temperówka. Regionalnych nazw przyrządu do ostrzenia ołówków jest wiele – wspomnijmy choćby ostrzyłkę, ostrzynkę, strugałkę, zacinaczkę czy zastrużkę – ale naostrzyk był wyjątkowy, bo mówi się tak zaledwie w trzech miastach: Chorzowie, Siemianowicach Śląskich i Świętochłowicach. Musiałem po raz pierwszy powiększyć mapę, żeby pokazać te trzy czerwone kropki na południu Polski – jak się okazało, również tak mały obszar może mieć swoje wyjątkowe słowo.
Wiele z tych mikroregionalizmów to archaizmy – słowa, które dawniej były szerzej używane w języku polskim, a współcześnie w jednych miejscach zanikły, a w innych jeszcze jakoś egzystują. Ostatnio omawialiśmy na przykład bateryjkę, czyli dawne określenie latarki. Nazwa wzięła się od tego, że kiedyś najczęściej były to prostokątne urządzenia z lampą z przodu i dużą płaską baterią w środku. Z czasem technologia ewoluowała, latarki zmieniały swój kształt i stawały się bardziej poręczne, więc ta nazwa zaczęła zanikać. Ale okazało się, że w niektórych miejscach, na przykład w powiecie starachowickim, dawna nazwa wciąż ma się dobrze w mowie potocznej.
Czy w jakichś dziedzinach życia dostrzegasz większe rezerwuary regionalizmów? Często powracają na twojej stronie choćby epitety stosowane wobec ludzi, na przykład określenia osób leniwych albo ciamajdowatych…
Och, takich określeń funkcjonuje naprawdę wiele. Posługując się samymi podlaskimi przykładami, możemy przywołać takie określenia jak mlon, lelak, rozdziawa albo legat (czyli leń) czy kryjan, jak nazywa się niegrzeczne dziecko w okolicach Zambrowa.
Dużą grupą są chyba też słowa określające narzędzia i pomieszczenia gospodarcze.
Możemy wywnioskować, że ta mnogość wynika z tego, że tego rodzaju słowa łączą się z najbardziej intymną sferą życia – domem i rodziną – i przedmiotami, których używamy na co dzień. Podobnie jest z mnogością określeń na obuwie domowe – pantofle, ciapy, ciapcie, chapcie, tuchcie, trepki i tak dalej. To przykłady słów, których nauczyliśmy się od naszych rodziców czy dziadków i niesiemy je dalej przez życie. Gdy idziemy do pracy czy wyjeżdżamy na studia, to musimy przyswoić sobie ogólnopolskie słownictwo, żeby jakoś się z ludźmi porozumieć. Na język domowy zaś zewnętrzne czynniki nie oddziałują tak mocno.
Jeszcze inny przykład, który wydał mi się szczególnie ciekawy, bo nie spotkałem się wcześniej z badaniami dotyczącymi tego typu słów, to określenia odnoszące się do skaleczenia albo stłuczenia u dziecka. U mnie w domu mówi się na to ziazia, ale takich wyrażeń zróżnicowanych regionalnie jest o wiele więcej, między innymi ała, ałka, kuku, buba, gaga. Ten dziecięcy język przekazujemy później kolejnym pokoleniom.
Planuję też zbadać boiskowe zagadnienie, czyli to, jak regionalnie nazywa się kopnięcie piłki czubkiem buta.
U mnie na podwórku mówiło się „z karola”.
Z karola, z kaziora, z kajora, z bambra, z bodziocha, ze szpica – tych nazw jest bez liku. Tylko mam obawy, że nie będzie to łatwy temat do zbadania, bo przecież wiele osób nie grało w piłkę nożną.
Wracając do sfery przydomowego słownictwa, to mieszczą się w niej też nazwy kwiatów i innych roślin.
Zwyczajowych nazw roślin wśród terminów do zbadania rzeczywiście pojawiało się sporo. Na przykład aksamitki – w Wielkopolsce to będą turki, a na południu Polski śmierdziuchy albo śmierdziuszki. Ostatnio dowiedziałem się z kolei, że na północy piwonie to bujany.
Albo pelargonie – od osób z najbliższej rodziny, wychowanych w tej samej miejscowości, słyszałem dwie różne zwyczajowe nazwy tych kwiatów: geranium i anginki.
Czasem ktoś podchwycił gdzieś miło brzmiącą dla ucha nazwę i tak już zostawała w jego języku. Nazwy nadawane przez botaników – aż do czasu, gdy przeniknęły do języka handlowego – nie miały utrwalenia w mowie potocznej, a przecież trzeba było te rośliny jakoś nazwać. Dotyczy to także roślin dziko rosnących. Na przykład w Wielkopolsce na czarny bez mówi się hyćka.
Zdarza ci się, że badane przez ciebie regionalizmy przechodzą do twojego codziennego języka?
Raczej nie, miewam odwrotne sytuacje. W pracy dużo rozmawiam przez telefon z ludźmi z innych części kraju, więc staram się używać ustandaryzowanej polszczyzny. Na przykład przez całe życie na odliczoną gotówkę mówiłem „zgodne pieniądze”, a w pracy muszę ugryźć się w język i użyć tej pierwszej formy.
A o co chodzi z tymi dużymi miastami? Często na twoich mapach widać, że na przykład jakieś słowo występuje powszechnie na Mazowszu, ale już w Warszawie jego użycie jest rzadkie.
Rzeczywiście nieraz zdarzają się takie sytuacje, że w miastach wyraźnie rzadziej używa się słów, które w ich najbliższej okolicy są powszechne. Najprościej mówiąc, bierze się to stąd, że społeczności mniejszych ośrodków były bardziej hermetyczne. Tak zwana Polska powiatowa – pomijając miasta, które stosunkowo niedawno stały się znaczącymi ośrodkami przemysłowymi, jak Konin, Stalowa Wola czy Bełchatów – nie doświadczyła dużych napływów ludności z innych części kraju. Z kolei największe ośrodki, jak doskonale wiemy, są stałym kierunkiem migracji za pracą czy edukacją. Istniały i istnieją oczywiście gwary miejskie, ale posługują się nimi przede wszystkim ludzie mieszkający w tych miastach od pokoleń. Nowi mieszkańcy mogli zaadaptować jakieś słowa charakterystyczne dla danego miasta, ale z reguły przyswajali język literacki – szczególnie jeśli ich wyjazd do miasta łączył się z awansem społecznym, to uważali, że po prostu tak wypada.
Warszawa miała swoją gwarę, ale takie wydarzenia jak powstanie warszawskie i powojenne migracje sprawiły, że z każdym kolejnym pokoleniem ona zanikała. Podobnie jest z innymi dużymi miastami. Gdy badałem różne słowa pochodzące z gwary poznańskiej, to część z nich, jak na przykład wuchta czy wiara, wciąż zachowała się w Poznaniu w powszechnym użyciu. Ale już na przykład słowo bejmy (czyli pieniądze) było rzadkie, choć w okolicznych miejscowościach pojawiało się często.
Istnieją jednak regionalizmy charakterystyczne właśnie dla dużych miast, choćby te związane z transportem publicznym. Na przykład Łódź ma swoją migawkę (bilet miesięczny) i krańcówkę (pętlę autobusową czy tramwajową), a Olsztyn okejkę – tak w stolicy Warmii nazywa się busy kursujące na lokalnych trasach, a ów kolokwializm pochodzi od nazwy własnej niegdyś operującego tam przewoźnika.
Chyba podobnym przypadkiem, co największe metropolie, są tereny zwane dawniej „ziemiami odzyskanymi”.
Zwykło się mówić, że właśnie tam używa się najbardziej ustandaryzowanej polszczyzny. Widzę to w wynikach swoich ankiet: najbardziej aktywni są w nich odbiorcy z regionów, które znajdowały się w granicach przedwojennej Polski. Owszem, z Dolnego Śląska, Pomorza Zachodniego czy Mazur też docierają do mnie różne językowe ciekawostki, ale nie ma co się łudzić, że odkryję tam takie bogactwo dialektologiczne jak w Wielkopolsce, Małopolsce, na Mazowszu czy na Górnym Śląsku.
Zdarzają się jednak słowa, które dotarły na zachód wraz z przysłowiowym Kargulem i Pawlakiem, choćby chabazie w znaczeniu „kwiaty, roślinność” – to określenie, pochodzące z gwary lwowskiej, w powszechnym użyciu występuje na południowo-wschodnich rubieżach kraju i na Dolnym Śląsku. Podobnie buba, czyli jedno z przywoływanych już określeń na skaleczeniu u dziecka – pojawia się w okolicach Jarosławia i Przemyśla, ale także w okolicach Wrocławia.
Na twoje ankiety odpowiadają przede wszystkim młode osoby, więc twoje mapy są poniekąd wskaźnikiem, co z tych dawnych gwar przetrwało w kolejnym pokoleniu.
Zastanawiałem się kiedyś nad tym, czy to nie jest minus tych map. Ale z drugiej strony pomyślałem sobie, jak wcześniej wyglądały takie badania dialektologiczne. Jeśli sięgniemy do chyba najbardziej kultowej publikacji z tego zakresu, czyli wydawanego w latach 1957–1972 Małego atlasu gwar polskich, to zobaczymy, że ówcześni dialektolodzy prowadzili badania przede wszystkim wśród osób starszych, nieraz urodzonych jeszcze pod koniec XIX wieku. Wiele z nich nie miało większej styczności z językiem literackim. Czyli tak naprawdę moglibyśmy powiedzieć, że owi badacze opisywali nie język danego obszaru, ale język jego mieszkańców urodzonych w konkretnym okresie, bo przecież język też się zmieniał nawet w jednolitych i hermetycznych społecznościach. Kolejne pokolenia, które żyły w tym samym czasie, wnosiły do języka swoje doświadczenia – ludzie migrowali, jeździli do miast czy szli do wojska i przywozili stamtąd nowe słowa.
A ja badam język osób urodzonych sto lat później, czyli na przełomie XX i XXI wieku. Jeśli ktoś natrafi na moje mapy za kilkadziesiąt lat, to będzie miał próbkę badawczą tego, jak mówiło młode pokolenie w 2025 roku.