W tytule z grubej rury stwierdzasz, że "Polacy nienawidzą dzieci", w książce nieco bardziej to niuansujesz: "są jeszcze niechęć, antypatia, nieżyczliwość, nieprzychylność albo odraza, wstręt, pogarda i awersja". Z tym polemizować nie zamierzam, bo też dostrzegam to, że coś niepokojącego dzieje się w naszym społeczeństwie, jeśli chodzi o podejście do dzieci.
Nie uważam, żeby to było z grubej rury – używam po prostu obowiązującego języka. Odkąd mamy internet, używamy słowa "hejt" na określenie tego, co się w nim dzieje. A "hejt" oznacza przecież nienawiść. Być może gdybym napisał "jak Polacy hejtują dzieci", to nikt by nawet nie podniósł brwi.
Zobacz, jak ten hejt nam spowszedniał. Przywykliśmy do tego, że internet jest przestrzenią, w której się nienawidzi, daje się upust swoim negatywnym emocjom – lecz nie nazywamy tego nienawiścią, tylko eufemistycznie hejtem. Przestrzeń internetowa stała się miejscem wymiany poglądów i barometrem nastrojów społecznych. Oczywiście, ten barometr jest skrzywiony i podaje zafałszowane wyniki. Tylko niestety ta bardzo rozregulowana maszyna oddziałuje na rzeczywistość, a także wskazuje, na co jest przyzwolenie – co można napisać w komentarzu, co można napisać w clickbaitowym nagłówku, a co jednocześnie nie będzie wzbudzało społecznego oburzenia czy nie będzie traktowane jako demoralizacja. O ile nie znajdziemy się w jakiejś specyficznej przestrzeni typu skrajnie prawicowy portal, to treści rasistowskie czy seksistowskie spotkają się ze społecznym sprzeciwem. Natomiast mam wrażenie, że nienawiść wobec dzieci przejawiająca się w języku była do tej pory w dużej mierze tolerowana.
Piszesz za Masłowską, że "społeczeństwo jest niemiłe", ale wiele osób serio uważa za Margaret Thatcher, że społeczeństwo nie istnieje. Zastanawiam się, czy opisywana przez ciebie niechęć do dzieci nie wynika z tej wieloletniej promocji skrajnie indywidualistycznych postaw.
Ależ oczywiście, że tak. Gdy dziesięć lat temu wydałem swoją pierwszą książkę, to starałem się z tym walczyć i powtarzałem, że miejsce, w którym teraz jesteśmy, wynika z kilku dekad instalowania w Polsce – w mojej opinii toksycznych – idei, które przyszły do nas z Zachodu: właśnie tego przekonania, że społeczeństwo nie istnieje i podejścia wyrażającego się w powiedzeniu "każdy kowalem swego losu". To doprowadziło m.in. do tego, że osiedla przestały być bezpieczną przestrzenią dla dzieci, bo podporządkowaliśmy tę przestrzeń ruchowi samochodowemu.
Skoro nie mamy społeczeństwa, to powstają miniaturowe fortece – rzeczywistość, w której każda rodzina odizolowuje się nie tylko w czterech ścianach, ale i w swoich czterech kółkach, gdzie dzieci są wszędzie odwożone i poznają świat, obserwując go zza szyby. Opowiadała mi o tym pewna badaczka, która w ramach ćwiczeń poprosiła dzieci o narysowanie swojej drogi do szkoły – okazało się, że dzieci dowożone nie potrafiły tego zrobić albo potrafiły jedynie narysować mijane po drodze reklamy i logotypy supermarketów. To niemal jak życie w kapitalistycznej cyberpunkowej dystopii, w której istnieją tylko reklamy, samochody i przemoc.
Ta izolacja sprawiła, że dzieci przestały być dobrze widziane w społeczeństwie. Gdy rozmawiałem z osobami narzekającymi na obecność dzieci w przestrzeni publicznej i starałem się im uświadomić, że na tym właśnie polega przestrzeń publiczna, to z reguły słyszałem "przecież są place zabaw". Jakby dzieci mogły przebywać tylko w wyznaczonych miejscach, żeby nie plątały nam się pod nogami.
A co z prywatnymi przestrzeniami, takimi jak hotele czy restauracje, które reklamują się jako miejsca bez dzieci?
Ten temat powraca w wielu dyskusjach wokół tej książki i dla mnie to jest nieco rozdmuchany problem. Chodzi mi właściwie wyłącznie o zmianę narracji wokół tego: jeśli przyjmiemy, że tego typu miejsca są przestrzenią dla dorosłych do robienia dorosłych rzeczy – na takiej samej zasadzie jak kluby nocne, w których jest alkohol, dym papierosowy, hałas i tak dalej – to absolutnie nie miałbym nic przeciwko. Jednak temat hoteli czy restauracji bez dzieci jest zwykle podnoszony, kiedy mówimy o doświadczeniu codzienności i sugeruje jakoby dzieci były tymi szczególnie męczącymi jednostkami. Zaczyna się od tego, że komuś przeszkadza głośne dziecko w tramwaju, ale przecież nie da się systemowo usunąć dziecka z komunikacji publicznej. Nie zrobimy przecież osobnych wagonów dla dzieci.
Ostatnio zacząłem zwracać uwagę na to, kto jest generatorem nieprzyjemnych hałasów w miejscach publicznych i z mojego doświadczenia wynika, że częściej są to jednak dorośli. Tak więc nie uważam, żeby dzieci były tym elementem, który w miejskiej przestrzeni jest najbardziej uciążliwy, a te wszystkie wykluczające narracje budują taki obraz.
Michał R. Wiśniewski, "Zakaz gry w piłkę", fot. Wydawnictwo Czarne
W naszej rzeczywistości obietnica ciszy i spokoju jest pożądanym towarem. Cytujesz zresztą nowojorską pisarkę Xochitl Gonzalez, która pisała, że "cisza jest odgłosem gentryfikacji".
To jest po prostu eksport tego hałasu, bo kapitalizm jako taki jest głośny, prawda? Ludzie, którzy zarządzają i czerpią z tego systemu największe korzyści, chcieliby odciąć się od skutków tego, co robią. Przecież większość tych problemów, jakie mamy dziś z samochodozą, zestresowanymi rodzicami i poganianymi dzieciakami wynika z tego, że żyjemy w bardzo rozpędzonym świecie. A przecież on mógłby trochę zwolnić, ale wielu ludziom opłaca się to, żebyśmy wszyscy tak gonili.
Za tym idą te wszystkie formy wykluczeń, które biorą się z poszukiwania winnego. Na przykład, bardzo nie lubię sformułowania "wypalenie rodzicielskie", gdy mówimy o osobie, która pracuje zawodowo i jednocześnie wykonuje pracę opiekuńczą. Taka osoba jest wypalona, bo ma zbyt dużo na głowie, ale używając tego określenia sugerujemy, że to dziecko "wypala" tę osobę. To prowadzi nas do innych problemów, choćby tego, że współczesny rodzic nie ma takiego wsparcia, na jakie mogli liczyć jego rodzice. Kiedyś mógł liczyć na pomoc swojej wielopokoleniowej rodziny albo na pomoc państwa. Co by nie mówić o tych peerelowskich żłobkach – fabryczkach opiekuńczych, to ich największych atutem był sam fakt ich istnienia. Dziś to nie jest takie oczywiste – możesz np. dostać miejsce w żłobku w innej dzielnicy, a to generuje kolejne trudności. Trzeba tam dojechać, stać w korku, albo mieć tę nieprzyjemność podróżowania z dzieckiem autobusem i narażania się na krzywe spojrzenia, co potęguje to, że w autobusie jest tłok, bo jeździ za rzadko i tak dalej.
W książce postulujesz prodziecięcyzm – jakbyś nakreślił jego główne założenia?
Głównym postulatem prodziecięcyzmu jest to, żeby uznać dziecko za istotę ludzką. Podkreślanie tego wydaje mi się bardzo obsceniczne, bo taki postulat został sformułowany już dawno temu – choćby przez Janusza Korczaka, a jeszcze wcześniej przez Ellen Key w książce "Stulecie dziecka". Zarówno pisma Korczaka, jak i wspomniana książka szwedzkiej pisarki są dostępne w serwisie "Wolne Lektury", więc zachęcam do tego, żeby zapoznać się z nimi – uświadomienie sobie, że wszystko to, o czym tu mówimy, zostało dawno już wypowiedziane, tylko mało kto wziął to sobie do serca, jest bardzo dojmującym doświadczeniem.
Jednym z powodów, dla których napisałem tą książkę, była chęć odświeżenia tych idei i próba rozpisania ich na współczesne problemy. Chciałem stworzyć atlas problemów, które prowadzą do wykluczenia dzieci. Tak więc działania prodziecięce po prostu polegają na tym, żeby te problemy jeden za drugim porozwiązywać.
Ale sednem prodziecięcyzmu jest właśnie myślenie o tym, że dziecko jest istotą ludzką, jak również o tym, że dziecko jest istotą inteligentną, o czym też często dorośli zapominają. Dzieci mają bardzo świeże spojrzenie – o wiele świeższe niż dorośli – bo nie niosą jeszcze tego całego bagażu kulturowego, nie nazbierały jeszcze tych wszystkich memów, które zaciemniają nam obraz i utrudniają myślenie o rzeczywistości.
Stwierdzasz, że "wychowanie jest proste – wystarczy nie stosować kar, nigdy nie kłamać i traktować dziecko jak człowieka" Czyli co, zakładasz, że dziecko jest z natury dobre?
Nie, nie używam w ogóle takich kategorii jak dobre czy złe. Dziecko ma swoje potrzeby i wyraża je, o ile pozwoli mu się je wyrazić. I tyle.
Istnieje za to wielka potrzeba kontrolowania tego dziecka, bo to niemiłe Masłowskie społeczeństwo domaga się, żeby dziecko było już od małego gotowe do funkcjonowania w społeczeństwie – zamiast pozwolić dziecku to społeczeństwo poznawać i uczyć się jego reguł w taki sam sposób, jak uczą się dorośli. Jeśli np. przychodzisz do nowej pracy, to nie uczysz się kultury tej organizacji z broszurki, tylko po prostu obserwujesz innych i rozpoznajesz: "aha, czyli tak to u was działa". Dziecko poznaje świat w dokładnie taki sam sposób. Istnieje jednak przemożna chęć tego, żeby istniał osobny zestaw reguł dla dzieci, żeby dzieci były bardziej wyregulowane, niż dorośli są w stanie samych siebie wyregulować.
Służyć temu mają przeróżne kary i manipulacje, te wszystkie "nowoczesne metody wychowawcze". Używam tego sformułowania w cudzysłowie, bo dziś mamy ogromną wiedzę na temat tego, jak wygląda rozwój neurologiczny dziecka, jak działa jego mózg.
Wiemy już, jak możemy traktować dziecko zgodnie z jego etapem rozwoju, ale pojawiają się też metody, które wykorzystują tę wiedzę przeciwko dzieciom: poznajmy je lepiej, żeby je lepiej kontrolować, żeby łatwiej było je złamać.
Dlatego cały czas powtarzam, że chodzi mi tak naprawdę o podstawowe rzeczy, takie jak uznanie człowieczeństwa i szacunek wobec dziecka. Ale nie taki szacunek, jakiego nieraz domagają się dorośli: "respektuj mnie, bo ja tu jestem wielki dorosły" – to toksyczna forma szacunku. Chodzi o to, żeby nie traktować dziecka jak robota, którego trzeba zaprogramować ani nie stosować wobec niego przemocowej tresury, jak kiedyś wobec zwierząt. Swoją drogą, cieszy mnie to, że fala progresu unosi wszystkie łodzie: w momencie, w którym lepiej traktujemy dzieci, lepiej traktujemy także zwierzęta. Nagle się okazuje, że te metody wychowawcze, które nie polegają na łamaniu charakterów, nie polegają na przemocy, przynoszą dużo lepsze efekty.
Piszesz, że według ciebie idea tradycyjnie rozumianego ojcostwa jest stracona – dlaczego?
Rozdział, w którym proponuję, żebyśmy sobie dali spokój z tradycyjnie rozumianą ideą ojcostwa i wymyślili coś nowego w to miejsce, wzbudza skrajne emocje. Z jednej strony docierają do mnie pozytywne głosy, np. odnośnie pomysłu, że gdy dziecko woła mamę, to powinien odezwać się rodzic, który jest akurat wolny i zapytać, co się dzieje. To jest prosta zasada, ludzie ją wprowadzają w życie i sobie chwalą. Z drugiej strony, moja narracja wzbudza duży opór środowisk, które bardzo kultywują męską tożsamość i starają się, żeby męskość była postrzegana jako wartość.
Minąłem się ostatnio w internecie z prezesem Stowarzyszenia na rzecz Chłopców i Mężczyzn, który w magazynie "Pismo" opowiedział, że być mężczyzną, to znaczy stać na straży reguł. Spytałem, o jakie reguły mu chodzi i jak chce je egzekwować. Opowiedział mi historię o tym, że swoim dzieciom wydzielał określoną kwotę pieniędzy miesięcznie, a jeśli zabrakło im, to był ich problem. Nauczył go tego jego ojciec, a dzięki temu teraz jego dzieci nie mają problemu z zarządzaniem pieniędzmi i nie muszą brać chwilówek.
No i znowu mamy tu do czynienia z czymś, czego bardzo nie lubię, czyli z tym, że dziecko dostaje osobny zestaw reguł. Dorosły nie nakładałby na siebie takich ograniczeń – zdarzają się przecież sytuacje związane z większymi wydatkami, wobec których trzeba być elastycznym. Dla mnie to jest zwykła przemoc finansowa. Wyjdzie nam to na wierzch, jeśli zmienimy aktorów w tych historyjkach. Gdyby pracujący zawodowo mąż wydzielał zajmującej się pracą opiekuńczą żonie pieniądze w taki sposób, to wiedzielibyśmy, bo to już zostało szeroko opisane, że mamy do czynienia z przemocą finansową. Ale kiedy robi się to dzieciom? To jest wychowanie, to jest wpajanie wartości.
Wydaje mi się to niepotrzebne, bo tak jak już powiedziałem, dziecko najlepiej się uczy, po prostu żyjąc w społeczeństwie. Jeśli dziecko będzie traktowane jako pełnoprawny członek rodziny, który ma prawo głosu – nie mówię, że decydujący głos – w dyskusjach o tym, co dziś na obiad, czy gdzie pojedziemy na wakacje, jeśli to dziecko czasem samodzielnie zrobi zakupy, to nauczy się zasad gospodarowania lepiej, niż jeśli będziemy je traktować jak sterowaną pacynkę.
Tego typu pomysły brały się zapewne z tego, że byliśmy kiedyś o wiele biedniejszym społeczeństwem, ale czy dziś musimy do nich wracać? Dlatego mam wrażenie, że z reguły jak ktoś mówi o powrocie do męskich ojcowskich wartości, to prowadzi to do jakiejś formy przemocy, bo to tradycyjnie rozumiane ojcostwo zawsze było przemocowe. Pomyślałem sobie więc, że dlaczegóżby tego nie przerwać? Mamy w społeczeństwie osoby, które tradycyjnie zajmują się dziećmi i nikt nigdy nie kwestionuje tego, że one potrafią to robić, a wręcz wszyscy tego od nich wymagają. To są matki, to są kobiety. Więc naprawdę jestem święcie przekonany o tym, że po prostu wszyscy powinniśmy zostać matkami – w sensie starać się pełnić funkcję jak najlepszego rodzica. Nie trzeba oglądać się na przeszłość, na swojego ojca, na wzory z mediów, tylko odpowiedzieć sobie na pytanie: co z tego wszystkiego, czego nauczyłem się w życiu, powinienem przekazać następnemu pokoleniu.
Twoja książka wkurza ludzi z różnych powodów. Nieraz mnie to nie dziwi, bo zdarzają się w niej takie grubo ciosane fragmenty. Na przykład, gdy piszesz o antynatalistach, porównując ich do płaskoziemców. Z antynatalistycznymi koncepcjami mogę się zgadzać lub nie, ale taki pogląd bierze się z poważnych przesłanek: lęku klimatycznego, braku stabilności, niepewności jutra. Moim zdaniem nie można tego tak łatwo wyśmiać.
A moim zdaniem właśnie można. Chciałem, żeby to było grubo ciosane. Jesteśmy często zbyt rozmemłani w naszych dyskusjach – np. jeśli rozmawiamy o przemocy wobec dzieci, to chciałbym, żebyśmy skupili się na ofierze, a nie na tym, jakie smutne wydarzenia w życiu dorosłego doprowadziły do tego, że stał się przemocowcem.
Też rozumiem, skąd to się bierze, ale powiedz mi, jak można określić ideologię, dla której receptą na te lęki jest antyżyciowy postulat? A przy tym antynatalizm moim zdaniem nie daje żadnych rozwiązań. Jeśli przychodzę do lekarza z czyrakiem na ręce, a lekarz chce mi tę rękę od razu amputować, to ja tak nie chcę. I tak samo chciałbym, żeby ludzkość dalej trwała i chciałbym, żebyśmy próbowali uczynić tę ziemię zdatną do życia.
Do niedzietności z wyboru też masz takie podejście?
Absolutnie nie. Jest cała masa powodów, dla których ludzie nie mają dzieci: bo tak zadecydowali, bo nie trafili na właściwą osobę partnerską w życiu, bo mają problemy natury socjoekonomicznej, z przyczyn biologicznych i tak dalej. Jest też grupa osób, która określa się jako "child-free". To jest grupa, która nie tylko nie ma swoich dzieci, ale też miewa skłonność do wyrażania swojej niechęci wobec ich obecności w przestrzeni publicznej. No i to już wzbudza moje obawy, bo może prowadzić do budowania wykluczających narracji.
No i wreszcie są ci antynataliści – swoją drogą, możesz mieć dzieci i być antynatalistą. Antynatalizm prezentuje się jako postawa etyczna, która wprost mówi, że płodzenie dzieci jest niemoralne. Czyli ocenia ludzi, którzy podjęli taką decyzję i to mi się nie podoba, bo to w moim odczuciu łamie już tę podstawową zasadę "żyj i pozwól żyć".
Jeśli zaczęlibyśmy się zastanawiać nad tym, czy antynatalizm ma jakąś szansę implementacji w prawdziwym świecie, to okaże się, że absolutnie nie ma na to szans – ludzkość ma zbyt duże pragnienie przekazywania życia dalej. Musiałby chyba istnieć ekofaszystowski rząd światowy, żeby te założenia mogły się ziścić. No i właśnie, jeśli podrapie się w tę powłoczkę antynatalizmu, to okazuje się, że jest to worek z nieprzyjemnymi ideami: założeniem, że środowisko naturalne jest o wiele ważniejsze niż życie ludzkie czy z eugenicznymi zapędami. Bo często za tym idą również stwierdzenia typu "dlaczego ktoś się rozmnaża, skoro jest biedny albo pochodzi z miejsca zagrożonego klęską ekologiczną".
A przy tym bycie antynatalistą nie kosztuje absolutnie nic. Nic nie musisz robić, po prostu mówisz, że jesteś antynatalistą, dzięki czemu możesz odczuwać moralną wyższość nad innymi.
To luźne skojarzenie, ale jak mówiłeś o tym "dlaczego się rozmnażają, skoro są biedni", to zacząłem myśleć o zawrotnej karierze, jaką zrobiło w Polsce słowo "roszczeniowy". Ciągle słyszy się o roszczeniowych matkach czy roszczeniowych dzieciach.
Tak, roszczeniowe są matki, które chcą, żeby ich dzieciom żyło się trochę lepiej, roszczeniowi są pracownicy domagający się podwyżek. Myślę, że moglibyśmy wskazać moment, w którym zaczęła się kariera tego słowa. Urodziłem się w 1979 roku, więc obserwowałem transformację na własne oczy i pamiętam, co sobie wtedy myślałem jako młody człowiek. Na przykład koncept strajku rozumiałem wtedy jako narzędzie do obalania komuny. Było wtedy takie hasło: "Jesteśmy wreszcie we własnym domu. Nie stój, nie czekaj. Co robić? Pomóż!". To skoro jesteśmy już we własnym domu, w III RP, to czemu ludzie strajkują, o co im chodzi? Przeciwko samym sobie strajkują? Takie można było odnieść wrażenie, śledząc wówczas media głównego nurtu.
Teraz już wiem, że to była erozja "Solidarności" i demontaż społeczeństwa. Czy ty pamiętasz, kto wtedy był herosem, bohaterem ludowym? Szalenie popularny był wówczas np. taki serial "Capital City" o angielskich bankierach. Wszyscy wokół chcieli być tacy jak oni, nosić garnitury i zarabiać duże pieniądze. Swoją drogą, ten serial wprawiał mnie w stany lękowe. Byłem dzieckiem wychowanym na peerelowskiej telewizji edukacyjnej i książkach: wiedziałem, co robi rolnik, wiedziałem, jak z buraka cukrowego robi się lizaka, znałem proces budowy statku. Ale zupełnie nie mogłem zrozumieć tego, co oni tam robią w tym City i to napawało mnie przerażeniem. Bałem się, że gdy dorosnę, to nie będę mógł pracować. To było alienujące i niepokojące doświadczenie – nagle znaleźliśmy się w świecie, w którym nic nie ma sensu i każdy musi walczyć o swoje. Na szczęście potem pojawiły się komputery, więc wymyśliłem sobie, że zostanę informatykiem. Teraz sobie myślę, że komputer był dla mnie wtedy lekiem na te lęki, bo potrafiłem go kontrolować.
I to się zresztą przekłada na to, o czym mówiliśmy wcześniej. Żyjemy w czasach indukujących różne lęki, boimy się tego, co będzie dalej. Masz dziecko i okazuje się, że to jest ten mały wycinek świata, nad którym możesz mieć kontrolę. Jak w grze komputerowej typu "The Sims". Nie dziwię się więc, że to jest pociągające dla wielu rodziców, że znajdują jakieś ukojenie w tym, że mogą przynajmniej kontrolować życie jednej osoby. Mimo tego, że nie są w stanie kontrolować swojego życia ani rzeczywistości, w której żyją.
Swoją drogą, sprawdziłem etymologię tego słowa i w staropolszczyźnie "rościć" znaczyło "sprawiać, żeby coś wzrastało, rozwijało się". Tak więc myślę, że odczarowanie tego słowa można dopisać do założeń prodziecięcyzmu.
Dobry pomysł – wychowajmy roszczeniowe pokolenie. Dziś rzeczywiście to słowo jest nacechowane wyłącznie negatywnie. Młode pokolenie jest roszczeniowe, bo chce decydować o swoim losie. Zetki idą do pracy i chciałyby dostawać wypłatę, a ja pracowałem przez pierwszy rok za darmo – takie dyskusje przecież przetaczają się przez polskie media.
Utyskiwanie na to, jakie te kolejne pokolenia są beznadziejne, jest zapewne starsze niż wynalazek pisma.
Obserwowałem już kilka konfliktów międzypokoleniowych i widzę, jak te klisze powracają. Zresztą zetki też znalazły już swojego kozła ofiarnego – już słyszałem historie o tym, jakie to kolejne pokolenie Alfa jest głupie, nie zna życia i tylko siedzi wpatrzone w te smartfony.
"Gapią się tylko w te smartfony" to ograna melodia. W książce stajesz nieco w kontrze do tego…
Nie pierwszy raz zresztą – pisałem już o tym w książce "Zabójcze aplikacje", której zadaniem było odpowiedzieć na pytanie, jak używamy smartfonów i czy one rzeczywiście kontrolują nasze życie. Doszedłem w niej do wniosku, że one po prostu realizują pewne nasze potrzeby i marzenia. Konkluzja jest taka, że zbudowaliśmy sobie świat, w którym praktycznie nie da się w wygodny sposób funkcjonować bez telefonu: żyjemy w rzeczywistości, którą możemy nazwać rozszerzoną, bo ten świat wirtualny i realny stopił się ze sobą.
I znów w imię swoich lęków i chęci kontroli odbiera się dzieciakom sprawczość w tej kwestii. Dużo się mówi o higienie cyfrowej i zagrożeniach, które płyną ze smartfonów. Dzieci zresztą o tym wiedzą – pierwsza rzecz, jakiej dowiadują się o komórce, to taka, że im szkodzi. To jest stały temat dziecięcych rozmów – ile masz założonej blokady rodzicielskiej. Wtedy przypomina mi się jedna historia – o dziecku, które wychodząc do szkoły, nie mogło sprawdzić, jaka będzie pogoda, bo o tej porze miało jeszcze zablokowany telefon.
Oczywiście, powinniśmy mówić o zagrożeniach i o tym, czy smartfon nie zajmuje zbyt wiele miejsca w życiu dziecka. Tylko że jeśli popatrzy się na badania, które zresztą przytaczam w książce, to okazuje się, że zwykle nadmierne spędzanie czasu przed ekranem jest symptomem innych rzeczy. Występuje choćby u dzieci, które są zaniedbane przez rodziców – na przykład, nie poświęcają im należytej uwagi, bo są wykluczeni ekonomicznie i dużo pracują, żeby związać koniec z końcem.
To jeszcze tak na zakończenie, kluczowe wydaje mi się to zdanie z książki: "Może powinniśmy patrzeć na każde mijane dziecko jak na podróżnika w czasie – kogoś, kto wyruszył w przyszłość, której my już nie poznamy".
Starałem się po prostu zachęcić ludzi do tego, żeby zaczęli widzieć wartość w tym, że te dzieci są wśród nas. Wydaje mi się, że to jest coś, o czym zapominamy. Nie mam tu na myśli argumentów, jakie słyszymy często z ust polityków – "potrzebujemy, żeby demografia nam rosła, żeby ktoś pracował na nasze emerytury" – tylko myślę o tym w kontekście wręcz metafizycznym. Jestem ateistycznym lewicowcem, ale to nie znaczy, że nie potrafię się wzruszać jakąś ideą – taką ideą jest dla mnie właśnie trwanie ludzkości. To jest jakaś odpowiedź na sens bycia człowiekiem. To nie znaczy, że sam koniecznie musisz się rozmnażać, ale że po prostu budujesz społeczeństwo, które stara się być przyjazne tym kolejnym pokoleniom. Robisz coś nie tylko z myślą o czubku swojego nosa, lecz wybiegasz myślami w przyszłość, której sam już nie doświadczysz.