Mateusz Demski: Klatka to opowieść wywiedziona z twoich osobistych doświadczeń czy może bardziej wyobrażona?
Michał Cierzniak: Nie określiłbym Klatki popularnym ostatnio terminem autofikcji. Co prawda niektóre opisane w niej wątki są dość wiernie autobiograficzne, lecz bez względu na źródło czy inspirację pierwotny materiał poddaję różnorodnym przekształceniom. Autobiografia w kostiumie literackim z wielu względów mnie nie interesuje. Literatura jest dla mnie domeną wolności, możliwości złapania dystansu i odejścia od własnego doświadczenia, by lepiej je zrozumieć i opisać. Pociąga mnie budowanie fikcji, a jak mocno jest ona ugruntowana w osobistym i rzeczywistym doświadczeniu, to kwestia drugoplanowa. Samo spisanie scen z życia – to nie był mój cel ani punkt wyjścia. Chciałem znaleźć własny język, który nadąża za światem, jest aktualny.
Naprawdę sądzisz, że literatura jest jeszcze w stanie nadążyć za językiem? Czy nie jest aby kilka kroków za tym, co ciągle ewoluuje, podlega obróbce i przetworzeniu?
Na pewno chciałem, żeby ta książka poruszała się we współczesności. Jest w niej parę dosadnych odniesień do mediów społecznościowych, sztucznej inteligencji czy ogólnie rzecz biorąc technologicznych nowinek, które kształtują nasze życie tu i teraz. To wszystko zmienia nasz system komunikacji i wypowiedzi. Nie odwracam się do tego plecami, nie chciałem ignorować tego świata, choć nie chciałem też budować historii, która byłaby tym kwestiom podporządkowana, bo jest to zadanie publicystyki, a nie literatury.
Nie ulegasz biężączce, ale wydaje mi się, że jednak interesuje cię komentowanie spraw aktualnych. Opisujesz „edukacyjno-roboczy kierat” swojego bohatera, który pracuje w dyskoncie. Jego życie to „osiem godzin ciężkiego poczucia bezsensu” i „dramat do spółki z banałem”. Zmęczenie odgradza go od świata. Wraca z pracy przybity i wyczerpany.
Myślę, że jest to doświadczenie dosyć istotnej części społeczeństwa – wykonywanie pracy, w której nie znajduje się żadnego spełnienia. Nieważne, czy jest to praca w dyskoncie, czy praca w wielkiej korporacji, zwykle nie wiąże się ona z poczuciem przynależności czy sensu. Osoba, która taką pracę wykonuje, nie widzi końcowego rezultatu, bo zajmuje się tylko jednym segmentem, który składa się z innymi w niejasną, nawet dla tej osoby, całość.
Akurat bohater mojej książki zatrudnia się w dyskoncie – nie widzi tam dla siebie specjalnych perspektyw rozwojowych. Miała to być praca na chwilę, został na dłużej. Z tego powodu jest sfrustrowany. Gniew budzi w nim też to, że obserwuje dookoła siebie dobrobyt, który znajduje się poza jego zasięgiem. Kiedy on pracuje, obsługiwani przez niego ludzie robią zakupy i wydają pieniądze na rzeczy, na które on pozwolić sobie nie może.
Problem jest gorzki, ale niestety nie nowy i nie rzadki. Wiąże się z tym dodatkowa frustracja spowodowana bardziej wyrazistą stratyfikacją społeczną w porównaniu ze światem sprzed 1989 roku.
Czy twój bohater jest w stanie wypracować jakieś strategie przetrwania?
Owszem, próbuje znaleźć drogi wyjścia ze swojej klatki. Jedna z nich wiedzie przez literaturę. Bohater otacza się książkami, lekturę odczuwa jako doświadczenie, które wykracza poza jego codzienność, a przede wszystkim pozwala mu ona przeżyć coś jaśniejszego, chociaż nie jest to stały punkt oparcia. Jest to forma podróży, na którą go stać, którą może odbywać wieczorami, jak ma chwilę i nie jest styrany. Druga strategia przetrwania opiera się wątku romantycznym, związku z kobietą, który też nie jest bardzo stabilny, ale pozwala rozjaśnić mrok codzienności i trudnych wspomnień.
Bohater stawia nawet „namiot z książek”, taką swoją bazę, rodzaj schronu. Pytanie, czy ucieczka w fikcję nie ma przeciwnych rezultatów...
Nie interpretowałbym tego jako eskapistycznej ucieczki ze świata realności w świat fikcji. Widzę w tym raczej możliwość zmierzenia się z rzeczywistością przy użyciu innych narzędzi, również stricte językowych. Relacje, w które zaangażowany jest bohater – z rodzicami czy w pracy – ciągle napotykają na bariery czy ograniczenia komunikacyjne. Przemilczenie przeradzające się w gwałtowny wybuch albo martwe dialogi utrzymane w beznamiętnej tonacji żartu, taniej ironii, pozwalającej na obojętny dystans. Dobra literatura oferuje język, który nie daje fałszywego pocieszenia, lecz pozwala się zmierzyć, choć oczywiście w sposób niedoskonały, z cieniem, który nas otacza i jest też w nas. Pozwala na skonstruowanie opowieści, w której sens objawia się w sposób wręcz ekstatyczny, choć chwilowy. Bohater mojej powieści właśnie to robi, prowadzi narrację, żeby wyjść z tytułowej klatki.
Pod koniec książki pada pytanie: „po co to wszystko? Zbyt dużo już powiedziano, tysiące nowości rocznie, nieprzebrane bogactwa arcydzieł w dziesiątkach języków, których nigdy nie poznam”. I dalej: „może w takim razie milczenie ma większą wartość? Co za frazes. Zresztą, co ja tam mogę wiedzieć, skoro tylu rzeczy jeszcze nie przeczytałem, tak mało przeżyłem, osiągnąłem. Czy ktoś taki ma prawo w ogóle pisać?”.
Próba wypowiedzenia, zapisania swoich myśl wiąże się z zadaniem sobie tego pytania. Co ja tam wiem? Po co mam mówić, skoro jesteśmy zalewani ze wszystkich stron informacyjnym strumieniem? Czy mam się do tego dokładać? Wątek nadmiaru pojawia się w Klatce kilka razy – czy to nadmiaru publikacji, czy też nadmiaru bodźców. A z drugiej strony „wybór milczenia” też brzmi jak tani slogan, który słyszeliśmy już wiele razy. Przymus albo potrzeba opowieści – a więc sensu lub jego pozoru –pozostaje silna mimo informacyjnego zalewu i wielu wątpliwości.