W jednym z wywiadów radiowych mówiła pani, że czytanie bardzo wyrównuje szanse edukacyjne. To, że dziecko czyta dla przyjemności, ma większy wpływ na wyniki, jakie osiąga w szkole niż jego socjoekonomiczne pochodzenie.
Tak, i to właściwie jest serce myślenia stojącego za powstaniem i działaniami naszej fundacji. Badania OECD dowodzące, że czytanie niweluje różnice statusowe budzą w nas prawdziwe emocje. Jak się nad tym zastanowić, jest to dosyć niesamowite – zachodnia cywilizacja od lat debatuje o nierównościach oraz związanych z nimi problemach, zastanawiając się, jak sobie z nimi poradzić. Tymczasem wedle badań PISA OECD Reading for Change to, że dzieci czytają dla przyjemności, bardziej wpływa na ich wyniki edukacyjne niż to, z jakiego pochodzą domu. Nagle pochodzenie socjoekonomiczne staje się w pewnym sensie drugorzędne. Te badania są spójne z innymi. Słynne badania amerykańskie z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych pokazały, jak olbrzymi wpływ mamy jako rodzice czy opiekunowie na dzieci w pierwszych latach życia poprzez to, że zapewniamy im, jak to się tam określa, bogate semantycznie otoczenie. Te badania pochodzą nie ze środowisk literackich, a ze środowiska pediatrów i neuronaukowców, z którymi rozmawiając czujemy, że nie ma w nich cienia podskórnej elitarności. Zawsze mówią oni o czytaniu jako narzędziu niwelowania wykluczenia społecznego.
Stąd państwa program "Książka na receptę"?
To jedna z naszych akcji zainspirowanych tymi badaniami. Właśnie wydrukowaliśmy 60 tysięcy egzemplarzy książek, które będą rozsyłane do przychodni. Niemal od samych początków istnienia fundacji współpracujemy z profesorem Barrym Zuckermanem, słynnym amerykańskim pediatrą, który od lat zaleca rodzicom czytanie dzieciom i zjeździł cały świat z tą ideą. Dla osób takich jak on, książka jest doskonałym narzędziem, które pozwala wspierać rozwój dziecka. Nawet prosta książeczka obrazkowa sprawia bowiem, że nasza rozmowa z dzieckiem staje się bogatsza semantycznie. Nagle, oprócz pytań typu "Chcesz jabłuszko czy może marchewkę?" lub "Coś cię boli?" pojawiają się w niej opowieści, fabuły, nowe słowa i tematy, związki przyczynowo-skutkowe. Teoretycznie rodzic czy opiekun dziecka mógłby po prostu sam z własnej głowy snuć te opowieści. Badania jednak pokazują, że prawie nikt z nas nie używa tak bogatego języka, jeżeli sam opowiada. W czytaniu dziecku ważny jest też element wymiany – czytanie jest pretekstem do tego, żeby wciągnąć je w rozmowę jako partnera, a nie biernego odbiorcę.
Książka ma dziś rozmaite formy. Czy w przypadku dzieci najlepiej sprawdza się tradycyjna książka papierowa?
Dla małych dzieci to powinna być książka papierowa, dla malutkich dzieci – kartonowa. Nie bez znaczenia jest chociażby to, że dziecko może przewrócić stronę, zadecydować, w którym miejscu czytamy. Przede wszystkim jednak na początku naszego życia nie mamy jeszcze mózgu zdolnego do tego, by rozumieć nagranie czy to, co się dzieje na ekranie. Audiobook czy film malutkich dzieci nie rozwijają, chociaż na późniejszych etapach są one oczywiście bardzo fajne. Warto tu jeszcze wspomnieć dwie kwestie. Często rodziców męczy to, że dzieci chcą czytać w kółko te same książki. Każdy, kto to przeżył, zdaje sobie z tego sprawę. Warto się z tym pogodzić, bo dzieci się uczą przez powtarzanie. Na ogół wygląda to tak, że przy pierwszym przejściu przez książkę zrozumiały tylko jej część. Drugi, trzeci, dziesiąty raz powoduje, że wchłaniają z niej coraz więcej różnych sensów i poziomów. Kolejna rzecz to jakość książek, które czytamy z dzieckiem. Gdy dziecko jest malutkie, to oczywiście my mu proponujemy jakąś kartonową książeczkę, ale później dobrze jest pozwolić dziecku na samodzielny wybór. Jako matka mam takie doświadczenie, że czytam na okrągło "Koszmarnego Karolka". Nie tylko czytam go kolejny raz, ale na dodatek nie jest to książka, która by mi samej sprawiała frajdę. Ale są etapy, na których przygody tego Karolka są dla dzieci niezwykle śmieszne, bo on jest taki niegrzeczny. Można oczywiście delikatnie proponować na przykład "Emila ze Smalandii". Bohater też jest niegrzeczny, a jednocześnie lektura jest na pewno dużo bardziej satysfakcjonująca dla rodzica. Ale zasadniczo po prostu trzeba się pogodzić z tym, że nie zawsze to musi być nasz wybór.
A jak szkoły mogą pomagać dzieciom, które nie miały tego szczęścia, że im czytano w domu?
Niestety w Polsce w 30% domów nie ma książek do czytania, więc spora część dzieci przychodząc do szkoły, nie ma za sobą doświadczenia czytania z rodzicami czy opiekunami. I teraz takie dziecko siedzi na przykład w ławce z dzieckiem, które przeczytało z kimś w domu jakieś sto książek. Myślę, że trudno nam jest nawet wyobrazić sobie, jaki to jest olbrzymi rozdźwięk kompetencyjny i jak strasznie trudna jest to sytuacja dla tego dziecka, któremu nie czytano.
Bo będzie sobie radzić gorzej nie tylko na języku polskim?
Tak. Tu nie chodzi tylko o to, że dzieci, którym nie czytano, są słabiej przygotowane do nauki samodzielnego czytania i znają mniej słów. Neuronaukowcy mówią, że czytanie dzieciom wpływa pozytywnie na ich myślenie krytyczne, logiczne, indukcyjne, dedukcyjne, analityczne, syntetyczne. Trening dekodowania znaczeń, rozumienia całości, buduje nasze kompetencje bardzo szeroko. A do tego dochodzą jeszcze kompetencje społeczne, bo siedzieliśmy z rodzicami, rozmawialiśmy z nimi, nauczyliśmy się, że dorosły to nie wróg i można z nim fajnie pogadać. Przeżywając przygody bohaterów opowieści, uczyliśmy się empatii, rozumienia innych.
Jak sobie człowiek z tego wszystkiego zda sprawę, realnie empatycznie wejdzie w skórę dziecka, które bez własnej winy ma skokowo trudniej od samego początku, to jasno zaczynamy widzieć, że trzeba to zmienić i tym dzieciom pomóc.
W Stanach jest taki wspaniały program Reading Partners, czyli Partnerzy Czytania, który polega na tym, że współpracujący ze szkołą wolontariusze pomagają dzieciom, które nie miały doświadczenia czytania w domu. Dobrze byłoby rozkręcić coś podobnego w polskich szkołach, od samego początku pierwszej klasy. Jeśli działamy w środowisku szkolnym czy bibliotecznym i zauważamy dzieci, którym należałoby pomóc, to naprawdę warto rozmawiać z ich rodzicami. Oczywiście czasem to może być trudne, ale trzeba próbować. Przede wszystkim jednak my jako społeczeństwo powinniśmy przestać utożsamiać czytanie z humanistyką.
A do tego ciągle pokutuje podział na "humanistów" i "ścisłowców".
Przekonanie, że czytać trzeba, tylko jeśli chce się zostać literaturoznawczynią, prawnikiem czy historyczką, a jeśli się planuje się zostać matematykiem, informatyczką, inżynierem czy fizyczką, to już niekoniecznie, jest bardzo szkodliwe. Czytanie nie jest narzędziem do tworzenia humanistów – wspomaga rozwój każdego z nas. Podobnie, w polskiej szkole powinno się przestać myśleć o czytaniu jako o sposobie budowania armii ludzi, którzy będą myśleć "we właściwy sposób". Bo to nas prowadzi do tych niekończących się dyskusji na temat listy lektur. Tymczasem debaty na temat tego, czy młodzież powinna czytać Henryka Sienkiewicza, czy może lepiej Virginię Woolf, są czymś co będzie dużo mniej nabrzmiałe, jeśli na początku szkoły sprawimy, że dzieci pokochają czytanie – bo przyjemność buduje nawyk, a częstotliwość buduje kompetencje. Dziecko o wysokich kompetencjach czytelniczych da radę z Sienkiewiczem i Woolf, wyrobi sobie zdanie, podejdzie do tych lektur krytycznie, zrozumie skąd jesteśmy i gdzie zmierzamy jako społeczność. Przede wszystkim powinno nam zatem zależeć na tym, żeby młodzież w ogóle polubiła czytanie, rozwijała się, podmiotowo dokonywała wyborów życiowych i zawodowych.