Na niedawnym spotkaniu w Krakowie z argentyńskim reporterem Martinem Caparrosem, autorem głośnego "Głodu", ktoś zapytał pisarza, czy kupuje odzież w sieciówkach. - Szczerze mówiąc, mam ostatnio poważny problem z ubraniami. Odkąd zobaczyłem na własne oczy, co dzieje się w Bangladeszu, po prostu nie jestem w stanie nosić produkowanych tam rzeczy – odpowiedział.
O tym, "co dzieje się w Bangladeszu" traktuje właśnie – wyczerpująco – książka Marka Rabija "Życie na miarę". Rabij, dziennikarz działu gospodarczego "Newsweeka", pojechał do Dhaki w 2013 roku. Pod gruzami Rana Plaza, wieżowca mieszczącego kilka fabryk odzieżowych, zginęło wtedy ponad tysiąc osób. Była to największa katastrofa w dziejach przemysłu odzieżowego. Autor zrobił na miejscu reportaż, ale wyjechał z poczuciem niedosytu. W końcu
"Bangladesz nie tylko tanio produkuje odzież bardzo wysokiej jakości, lecz także radzi sobie doskonale z ukrywaniem przed obcymi tego, czego z różnych względów wolałby im nie pokazywać".
Wrócił więc do Dhaki rok później, tym razem na dłużej.
Tak powstała bardzo ciekawa, dobrze udokumentowana książka, żywa opowieść o kraju i ludziach, którzy szyją nasze ubrania.
Autor przygląda się Bangladeszowi i jego fabrykom pod różnymi kątami. Opisuje pokazowe wizyty w fabrykach dla dziennikarzy, podczas których uśmiechnięte pracownice przy taśmach produkcyjnych opowiadają o tym, że nadgodziny są w ich firmie dobrowolne, a szef jest dobrym człowiekiem i pożycza pieniądze na lekarza. Pisze o blokadzie, jaka natychmiast się pojawia, gdyby któryś z gości zechciał porozmawiać ze szwaczką wyglądającą podejrzanie młodo. Opowiada o swoich wyprawach do małych fabryk i warsztatów, w których przysposabianie do pracy dzieci uznawane jest za akt dobroczynności wobec ubogich rodzin. O nadgodzinach w wielkich fabrykach, dzięki którym udaje się jakoś przeżyć mimo głodowej pensji.
Rabij wywleka na wierzch wnętrzności oplatającego niemal cały glob systemu, opartego na długim łańcuchu pośredników: od wielkich zachodnich marek, przez miejscowych "buyerów", zlecających pracę fabrykom, po duże fabryki przekazujące część zleceń mniejszym – i tak dalej. Pokazuje, że w tak wielopiętrowym, złożonym układzie nieuniknione jest rozmywanie się odpowiedzialności, a całego procesu nie sposób kontrolować – jeśli ktoś byłby w ogóle tym zainteresowany, bo autor nie ma wątpliwości, że zachodnich konsumentów średnio obchodzi los szwaczek i krawców z dalekiej Azji.
"Życie na miarę" pokazuje też paradoksy tego biznesu i pułapki myślenia, w które jesteśmy wszyscy uwikłani. Najbardziej frapujący fragment dotyczący samych mechanizmów, którymi rządzi się przemysł odzieżowy, dotyczy rynku "podróbek" – leftoverów, które w wielu przypadkach są identyczne jak "oryginał", wyprodukowane dokładnie w tych samych warunkach. Co ciekawe, jak pisze Rabij, wiele z nich – wskutek nieszczelności i aberracji systemu – trafia na półki firmowych sklepów albo wykupowane jest od przemytników przez same firmy, obawiające się zalania rynku własnym produktem po dużo niższej cenie.
Marek Rabij nie opisuje jednak bynajmniej w "Życiu na miarę" tylko wielkiego biznesu i mechanizmów rządzących globalną tekstylną machiną. Rysuje też kontekst, niezwykle barwnie opisuje Dhakę – "miasto o powierzchni Krakowa, w którym stłoczono 1/3 populacji Polski". Opisuje – trochę z humorem, trochę z przygnębieniem - tłok i korki na ulicach, ryk klaksonów, chaos.
"Dhaka ruszyła do pracy w szwalniach, przędzarniach, farbiarniach, garbarniach i innych sanktuariach najważniejszej religii w Bangladeszu, jaką w ostatnim dziesięcioleciu stał się przemysł odzieżowy. Nawet dobiegające z głośników zawodzenia imamów (…) brzmią o poranku jak komunikaty brygadzisty z zakładowego radiowęzła."
"Dhaka się zatkała. Mieszka się w niej jak w zlewie z niedrożnym odpływem, do którego ktoś nadal wlewa nieczystości."
Opowiada też o mieszkańcach tego miasta, o Korail Bosti – zwanej po prostu Wyspą – czyli "skrawku nieszczęścia wciśniętym między syte dzielnice", skąd rekrutuje się wielu pracowników fabryk. Daje im twarz i głos, rozmawia z Jemimą, Khadiyą, Rahiną i jej matką, która musiała opanować sztukę znikania w budynkach, które sprząta, żeby nie razić swym widokiem obcokrajowców ("Najtrudniej znika się w korytarzach"). Nie uprawia pornografii nędzy, wystrzega się uproszczeń: jego Wyspa, na przekór własnemu nieszczęściu, trzęsie się od śmiechu, zajada pysznym biryani.
Pokazuje tragiczne zapętlenie: masy ludzi ze wsi, których kataklizmy i klęski żywiołowe wyganiają do miast, gotowych na wszystko, by poprawić swój byt albo choć przetrwać, lokalnych producentów, którzy nauczyli się, jak gładko wciskać kit, który chcą od nich usłyszeć cudzoziemcy i hipokryzję zachodnich zleceniodawców i konsumentów.
Pozostawia z niewygodnym pytaniem: czy cokolwiek mogłoby ich skłonić do rezygnacji z tanich ciuchów?
Jedyne, co może nieco drażnić w "Życiu na miarę" to momentami zbyt publicystyczno-dydaktyczny ton, zwłaszcza w okolicach zakończenia: kpiny z blogerek modowych i “ślepego posłuszeństwa” wobec dyktatorów mody i producentów odzieży, złośliwe przytyki pod adresem "zachodnich naiwniaków" i działaczy ngosów, żyjących beztrosko z grantów. To w zasadzie niepotrzebne, bo fakty opisane przez autora są na tyle wymowne i mocne, że mówią same za siebie.
Publicystyczna część pozostawia też pewien niedosyt, bo ogranicza się do krytyki/diagnozy. W efekcie "Życie na miarę" to dość ponura fotografia obecnego status quo, niepodsuwająca możliwości skutecznych rozwiązań czy dobrych praktyk. Być może jednak w ogóle ich nie ma.
Mimo że wystrzega się udzielania odpowiedzi, Marek Rabij robi w swojej książce rzecz bardzo ważną: udowadnia, że konsumenckie wybory mają konkretny etyczny wymiar i konsekwencje. Daje twarze i głos ludziom z drugiego końca świata. Ludziom, którzy szyją nasze – zbyt tanie - ubrania.
Marek Rabij, "Życie na miarę"
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2015
ISBN: 9788328021785
liczba stron: 224