Centralną postacią w tej historii jest Hanka, czyli twoja mama.
Myślę, że w przypadku każdego i każdej z nas jest tak, że kiedy myślimy o swoim życiu, to zaczynamy egoistycznie, od siebie. Potrzebujemy trochę czasu i dystansu, żeby się zacząć zastanawiać, czy przypadkiem to, co nam się przydarzyło, nie jest częścią jakiejś większej historii. Na przykład historii naszych rodziców. Ja w pewnym momencie zrozumiałem, że cała ta historia mojego awansu, bo przynajmniej ten proces edukacyjny mi się udał…
I nie tylko on – wydałeś właśnie swoją trzecią książkę.
Z książkami to nigdy nie jest pewna sprawa. Ale jeżeli z edukacją mi się udało, a na to mam papier, to dlatego, że babcia tego chciała. A czemu ona tego chciała? I dlaczego nie chciała tego dla swojej córki? A może chciała, ale coś tutaj nie wyszło? Zdałem sobie sprawę, że ta historia jest ciekawa i pouczająca, bo to historia trzech pokoleń, które wspólnie próbują coś zdziałać. I Hanka niewątpliwie jest postacią centralną tej sztafety pokoleń. Nie tylko znalazła się w środku, ale też wydaje mi się najciekawszą uczestniczką całego tego procesu. W przypadku babci Albiny to wszystko poszło właściwie tak, jak miało pójść, i cały ten awans społeczny się udał. W moim przypadku z grubsza poszło tak, jak miało pójść, to znaczy zawędrowałem do większego miasta, zdobyłem wyższe wykształcenie, piszę książki i tak dalej. Dałoby się to wszystko wcisnąć w taki klasyczny schemat awansu. Ale Hance się nie udało. I dlatego wydaje mi się tak interesująca, nie tylko dlatego, że była moją mamą. Ona też podejmowała rożne próby i sprawdzała różne scenariusze. Chciałem więc zbadać, co właściwie staje na przeszkodzie takim marzeniom i jak te marzenia działają. I co się z nimi dzieje, kiedy w pewnym momencie człowiek się orientuje, że już nic z nich nie będzie?
Poruszasz też wątek tego, jaką rolę w naszym życiu odgrywają szczęśliwe i nieszczęśliwe zbiegi okoliczności. W książce pojawia się postać Hany Jakubovej, alternatywna wersja twojej mamy.
Cała ta książka jest tak ułożona, że każdy rozdział sprawdza, na ile ważny był jakiś czynnik w całej tej historii. Wiadomo, że jak się opowiada o awansie społecznym, to ważne są edukacja i pieniądze. To dwa podstawowe wyznaczniki awansu. Ale chciałem też na przykład sprawdzić, na ile kwestie wiary religijnej mają tutaj znaczenie. Ważne również było wszystko to, co było tradycyjnie wiązane z kobiecością, na przykład kwestie wychowywania dzieci. Jak się rodzina rozpada, to kobiety zostają z dziećmi, w XX wieku rzadko ktoś to kwestionował, a to sprawiało, że ścieżki awansu społecznego czy zawodowego dla kobiet się po prostu ucinały. Ale pomyślałem, że są też takie czynniki, które trudno zbadać. Czy się komuś noga nie powinie? Czy się trafi na właściwe osoby w swoim życiu, czy nie? I Hana Jakubova była mi potrzebna do tego, żeby pokazać, jakby się potoczyło życie Hanki, gdyby jakiś czynnik zagrał inaczej, jakby mogło wyglądać jej życie w bardziej fortunnym wariancie. Trochę też chciałem Hance zafundować taką przygodę innego życia, opowiedzieć historię, którą sama pewnie sobie często opowiadała w głowie, o tym, jakby to było, gdyby było inaczej. Ale ważne było dla mnie też, żeby z tym nie przesadzić. Hanie też niektóre rzeczy się nie udają. Nie wszystko idzie idealnie, to życie po prostu odrobinę lepsze. To też nie jest przypadek, że ona mieszka w Bratysławie. Jak byłem tam na stypendium, to odkryłem, że Bratysława bardzo przypomina polskie miasta. Nawet na przedmieściach Bratysławy jest takie blokowisko, które jest bardzo podobne do blokowiska w Żorach, gdzie się wychowałem. Tylko przy moich blokach były puste pola i łąki, po których czasem ganialiśmy się na rowerach. A przy tych w Bratysławie są winnice. I pomyślałem sobie wtedy, że ta Bratysława i w ogóle Słowacja to jest taka Polska, tylko odrobinę lepsza. I z tą Haną jest podobnie. To jest taka Hanka, której się powiodło odrobinę lepiej.
Twoja mama w młodości uprawiała wyczynowo sport, który był dla niej możliwą ścieżką awansu. "Kiedy Hanka skakała wzwyż, to za jednym zamachem odrywała się od życia, której znali jej rodzice" – piszesz.
Do dziś jest tak, że sport jest trampoliną społeczną dla tych, którzy nie bardzo mogą liczyć na inne mechanizmy. Że jeżeli nie ma żadnych innych nadziei, to można chociaż liczyć na swoje ciało, o ile pasuje ono do jakiejś dyscypliny. A przecież trudno o coś bardziej losowego i bardziej kapryśnego niż ciało i wykorzystywanie go w sporcie. Jak zacząłem się zastanawiać nad tym, co sport mógł oznaczać dla Hanki, to zrozumiałem, że dla niej musiał to być najważniejszy mechanizm awansu. Nie edukacja, z różnych powodów, tylko właśnie sport. I ona chyba tak o tym myślała całe życie, że to loteria, na której nie wygrała, ale też pewnie jakoś też się o to obwiniała. Tymczasem kiedy pogrzebałem w archiwach, próbując zrekonstruować jej sportową historię, to zrozumiałem, że to wcale nie była jej wina.
Tak, ale większość z nas ma w sobie takie zadry, żale. Świetnie opisujesz to, jak mama obwiniała swoją matkę, że przez nią nie mogła dołączyć do klubu sportowego Górnik Zabrze. I jak z kolei babcia mówiła zawsze, że skończyła dwie klasy szkoły podstawowej, a nie cztery, bo tak mocno żałowała, że jej ojciec nie pozwolił się jej dalej uczyć.
Tak, najłatwiej obwiniać kogoś bliskiego, kto podejmował bezpośrednie decyzje. Ale potem się okazuje, że to obwinianie było trochę zastępcze. Jeśli chodzi o historię Albiny, mojej babci, to szukając informacji o edukacji chłopskich dzieci przed wojną, odkryłem, jak bardzo to było powszechne doświadczenie. Praktycznie każda kobieta z pokolenia naszych babć, która wychowywała się na wsi, pamięta, że chciała się uczyć dalej, ale tata nie pozwolił. Tymczasem to nie tata, ale II RP nie dawała dzieciom ze wsi szansy, żeby się dalej uczyły.
W książce wspominasz o tym, że bardzo długo czułeś, że nie masz swojej historii do opowiedzenia i że możesz zajmować się tylko tym, jak opowiadają inni.
Jako dzieciak zakochałem się w książkach i bardzo chciałem się nimi zajmować. Próbowałem nawet coś pisać, ale żadna z tych historii, które znałem z życia rodzinnego, nie pasowała do tego, co znałem z literatury. Wydawało mi się wtedy, że nie mam wyobraźni, a jeżeli chcę zajmować się książkami, to muszę pasożytować na cudzej. Krytyka literacka i literaturoznawstwo są właśnie takimi sposobami pasożytowania na cudzej wyobraźni. Ale potem zaczęły się dziać różne rzeczy w polskiej kulturze, zaczęły się ukazywać te wszystkie książki dotyczące historii ludowej. Jedną z nich była książka "Służące do wszystkiego" Joanny Kuciel-Frydryszak, która trafiła do mnie zupełnym przypadkiem, ponieważ redaktor Wydawnictwa Marginesy, Adam Pluszka, zlecił mi ją do redakcji. I czytając ją, nagle zrozumiałem tajemnice związane z okolicznościami urodzenia mojego dziadka.
To wszystko stopniowo we mnie dojrzewało, aż nagle zrozumiałem, że historia mojej rodziny, która wydawała mi się taka zupełnie przeciętna i prozaiczna, jest warta opowiedzenia. Trzeba było tylko zmienić optykę, by to zobaczyć. I mam wrażenie, że właśnie coś takiego dzieje się ze zwrotem ludowym, który polega nie tylko na tym, że powstają prace historyczne, książki literackie, spektakle teatralne czy filmy na takie tematy, ale przede wszystkim na tym, że zaczęliśmy się interesować tym, co jest powszechne, powszednie, typowe, zwykłe, szare, prozaiczne i bez tytułów do bohaterstwa. Zaczęliśmy się interesować tymi, którzy przegrali, którym z różnych powodów nie wyszło. I to mi się wydało uwalniające.
Piszesz też o tym, że jako dziecko nie zdawałeś sobie sprawy, że twojej mamie było ciężko samej utrzymać waszą czwórkę i że byliście biedni. I że dopiero później sobie to uświadomiłeś.
Tak, i sporo uwagi poświęcam mechanizmom, które sprawiają, że choćbyśmy się znajdowali w nie wiadomo jak kiepskiej sytuacji, to raczej nie chcemy dopuszczać do siebie tej myśli. Będziemy na przykład mówić, że inni mają gorzej. To jest czasem nieprzyjemny mechanizm, który sprawia, że grupy marginalizowane same chętnie marginalizują inne grupy. Czasem jednak bywa to ożywcze, bo jak nie mamy świadomości, w jak kiepskiej sytuacji się znajdujemy, to łatwiej możemy się z niej wydobyć. I chyba Hanka miała coś takiego, a przynajmniej wiele robiła, żeby jej dzieci nie pomyślały, że czegoś nie mogą. Zarówno ona, jak i babcia wiele energii wkładały w to, żebyśmy ja, mój brat i moja siostra wierzyli, że możemy wszystko. Dopiero potem, po wielu latach, po trzydziestce, jak obroniłem doktorat, urodziło mi się dziecko i wiele mi się w życiu zmieniło, mogłem zacząć myśleć o tym, co było wcześniej. Wtedy zacząłem rozumieć, że to, czego doświadczałem w dzieciństwie, to była de facto bieda. Zacząłem się wtedy zastanawiać, jak to w ogóle możliwe, że dzieci z biednych rodzin dają sobie mimo wszystko radę. Jakim cudem myśmy mieli takie dobre samopoczucie? Być może nasza mama brała na siebie znacznie więcej, niż byłem w stanie podejrzewać. Bo jeżeli nie wpadliśmy w rozpacz, to dlatego, że ona całą tę rozpacz wzięła na siebie i się nią nie chwaliła.
Wspomniałeś, że twojej mamie udało się sprawić, że ty i twoje rodzeństwo mieliście poczucie, że wszystko jest możliwe. W pierwszym rozdziale piszesz wręcz tak: "Hanka przechytrzyła teorie socjologiczne".
Owszem, ale znowu nie jest to takie proste. Z jednej strony to wielkie osiągnięcie, że Hanka wysłała swoje dzieci na studia. I tak to było chyba postrzegane w naszym bloku w Żorach: że jest matką samotnie wychowującą trójkę dzieci, a te dzieci są przyzwoite, więc to już jest coś. I sama Hanka pewnie pod koniec swojego życia myślała sobie, że może coś jej w życiu nie wyszło, ale dzieci jej się udały. I że to jakieś osiągnięcie. Ta książka, tak jak wspomniałaś na samym początku, nie chce dawać jednoznacznych odpowiedzi. Bo czy to było takie zupełnie nadzwyczajne, że Hanka w latach 90. i wczesnych 2000., kiedy absolutnie z każdego medium dobiegał komunikat o tym, że trzeba studiować, wysłała swoje dzieci na studia? Trochę nie, a trochę tak. Czy to było takie wielkie osiągnięcie? Dzisiaj bym powiedział, że może niekoniecznie, że może trzeba było inwestować w inne rzeczy. Ale przecież ona sama w to wierzyła i tak bardzo tego chciała, więc można powiedzieć, że jej się udało, że osiągnęła swój cel. Ale znowu wiele rzeczy w jej własnym życiu nie wyszło. I żeby to jeszcze bardziej skomplikować: czy jeżeli przerzucamy swoje nadzieje na nasze dzieci i tym dzieciom się udaje, to kto właściwie osiągnął sukces? A może w ogóle nie trzeba tak myśleć o życiu, że coś się w nim udaje, a coś się nie udaje. Ostatecznie Hanka przeżyła swoje życie stosunkowo bezpiecznie, w bardzo szczęśliwym odcinku historii i miejscu świata, gdzie nie toczyły się żadne wojny. Może to jest w ogóle największe szczęście. Staram się te wszystkie pytania mnożyć i komplikować. I tak jak w rozmowie ze znajomymi przy piwie, nie stawiać definitywnych tez.
Maciej Jakubowiak (ur. 1987) – eseista, redaktor wicenaczelny magazynu "Dwutygodnik". Autor książek "Ostatni ludzie. Wymyślanie końca świata" oraz "Nieuchronny plagiat". Jego teksty można też znaleźć w "Tygodniku Powszechnym", "Książkach", "Polityce", "Znaku" i "Piśmie". Laureat Nagrody im. Adama Włodka, nagrody Krakowskiej Książki Miesiąca, stypendium twórczego Miasta Krakowa i nagrody Krakowa Miasta Literatury UNESCO, nominowany do Nagrody-Stypendium im. Stanisława Barańczaka i Odkryć Empiku. W 2017 roku obronił doktorat z literaturoznawstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim. Za esej "Koniec z akademią" był nominowany do nagrody Grand Press. Uczestnik Wirtualnej Rezydencji Literackiej w Melbourne i Wyszehradzkiej Rezydencji Literackiej w Bratysławie. Od 2021 roku juror Nagrody Literackiej m.st. Warszawy.