Przeczytawszy twoją książkę, można odnieść wrażenie, że osiemnastowieczni mieszkańcy Grodziska Wielkopolskiego procesowali się równie często, co – w stereotypowym ujęciu zbudowanym przez hollywoodzkie dramaty sądowe – współcześni Amerykanie…
To ciekawa obserwacja i w jakimś sensie trafna – współczesny amerykański system prawny wywodzi się z angielskiego i jest bliższy temu nowożytnemu, przednapoleońskiemu prawu opartemu na precedensach, niż współczesny system prawny w Polsce.
To było jedno z moich najważniejszych pytań w trakcie badań: dlaczego ci ludzie tak ciągali się po sądach? Wynikało to zapewne z wielu przyczyn, ale zwłaszcza dwie uważam za szczególnie istotne. Jedną z nich jest przynależność do kultury honoru – o tym zagadnieniu ostatnio szerzej pisała Jaśmina Korczak-Siedlecka w książce "Przemoc i honor w życiu społecznym wsi na Mierzei Wiślanej w XVI–XVII wieku". Honor dla mieszczanina był drogocenną rzeczą i nie można było pozwolić sobie na jego uszczerbek.
A drugą kwestią, kluczową dla mojej pracy, była wrażliwość na słowo – to, że w rozumieniu ówczesnych ludzi wypowiedziane słowo miało swoją moc. W kulturach oralnych – a do takiej przynależeli mieszkańcy ówczesnego Grodziska (wszak większość z nich była analfabetami) – mowa nie służyła wyłącznie do wymieniania się informacjami, lecz była działaniem.
Jak piszesz, jeśli stanowczo nie zareagowało się na pomówienie czy obelgę, to te mogły stać się faktem społecznym – czyli po prostu trwale przykleić do człowieka.
Tak, i pamiętajmy przy tym, że ówcześni ludzie żyli o wiele bardziej społecznie niż my, więc to, co inni mówili o tobie, miało o wiele większe znaczenie. Jeśli ktoś kogoś oskarżył o przywłaszczenie jakiejś rzeczy, to wiązało się to z nieprzyjemnościami, ale trzeba było tę kradzież przed sądem udowodnić. Ale już np. w przypadku oskarżenia o czary wkraczamy w obszar, w którym trudniej było odeprzeć oskarżenia i uniknąć stosu. Podobnie było zresztą w przypadku innych pomówień, które szczególnie groźne były dla kobiet: o tzw. złe prowadzenie się, zdradę czy generalnie wszelkie stosunki pozamałżeńskie.
Przedstawiam w książce taką sprawę z grodziskiego sądu: Małgorzata Kupidurzyna, chłopka z podgrodziskiej wsi, nazwała "szalonym" szlachcica, który chciał pobić ją i jej męża. W rezultacie została przez niego oskarżona o czary: ów szlachcic opowiadał przed sądem, że w nocy po tym zdarzeniu obudził się z żabą siedzącą mu na biodrze, a następnie zaczął mieć w tym samym miejscu na ciele problemy skórne.
Najczęściej w sprawach o czary oskarżano właśnie kobiety z nieuprzywilejowanych warstw społecznych, które były łatwiejszym celem ataku. Poza tym, szlachta nieraz bała się chłopskiego czarowania, ale ta historia jest również dobrym przykładem na to, jak wypowiedziane słowo zaczynało żyć własnym życiem – w tym wypadku dosłownie miało przemienić się w żywe zwierzę i w następstwie wywołać somatyczne efekty. Słowo miało nie tylko moc sprawczą, ale i swoją substancjalność. Bardzo ważną inspiracją odnośnie tego zagadnienia była dla mnie "Klątwa" Anny Engelking. Ta etnolożka prowadziła badania na pograniczu polsko-białoruskim i polsko-ukraińskim od lat 80. do początku XXI wieku, ale ku mojemu zdziwieniu wiele z jej spostrzeżeń dało się odnieść do społeczności osiemnastowiecznego Grodziska.
Jak to się stało, że akurat osiemnastowieczny Grodzisk Wielkopolski stał się obiektem twoich badań?
Łukasz Truściński, "Wołania. Praktyki komunikacyjne w życiu codziennym mieszkańców Grodziska Wielkopolskiego w XVIII wieku", fot. IH PAN
Wybór miejsca był przypadkowy – pracowałem kiedyś w Archiwum Głównym Akt Dawnych, gdzie natknąłem się na tzw. czarną księgę, czyli akta spraw kryminalnych, właśnie z Grodziska z tego okresu. Wiedziałem już wtedy, że to fantastyczny materiał do badań mikrohistorycznych – analizy codziennego życia małej społeczności – którymi zafascynowałem się dawno temu na studiach, na zajęciach u Tomasza Wiślicza. Okazało się, że zachowało się kilkadziesiąt różnych ksiąg sądowych, choć już nie tylko dotyczących spraw kryminalnych, pochodzących z tego miasta z interesującego mnie okresu – łącznie około osiem tysięcy stron akt.
Próba analizy tego, jak ówcześni ludzie rozumowali, była dla mnie zupełnie inną jakością. Gdy czytałem zeznania z czarnej księgi, to już w samym sposobie zadawania pytań, w tym, co tych ludzi oburzało i co uważali za przestępstwo, przejawiał się zupełnie inny sposób myślenia.
To świetne źródło wiedzy, bo podsądni często nie opowiadali wyłącznie o swoim występku, ale też przedstawiali kawałki swojego życiorysu. Przypomniała mi się opowieść jednego z nich (której akurat nie ma w książce) o tym, jak uciekał przed wymiarem sprawiedliwości, usiadł odpocząć pod przydrożnym drzewem i wtedy kruk zakomunikował mu, żeby ruszał w drogę, bo pościg jest blisko. Inne zagadnienie, które nękało mnie intelektualnie i było inspiracją do badań nad historią kulturową, wiązało się z częstym w okresie nowożytnym oskarżeniem rzemieślników o zabicie psa. Padało na nich odium społeczne: wyrzucono ich z cechu i zabroniono wykonywania pracy, ludzie nie chcieli się z nimi zadawać. Chciałem dowiedzieć się, dlaczego tak się działo i to było jedno z moich pierwszych antropologicznych pytań odnoszących się do materiału historycznego. Okazało się, że nie chodziło tu o empatię (choć oczywiście komuś z mieszczan mogło być tego zabitego zwierzęcia szkoda), lecz przede wszystkim o skomplikowany system wyobrażeń społecznych. Zabicie psa ściągało hańbę na osobę, która się tego dopuściła, dlatego, że mógł to robić wyłącznie kat albo hycel. Jeśli ktoś inny to zrobił, to znaczy, że zachował się jak kat, czyli automatycznie stawał w jednym szeregu z przedstawicielem haniebnej profesji.
Zastanawia mnie ten status kata, który był taką trochę diaboliczną i niejednoznaczną personą – z jednej strony tytułowano go "mistrzem", a z drugiej przytaczasz w książce upomnienie, jakie dostał od sądu jeden z grodziskich katów za to, że dosiadł się w karczmie do stolika "porządnych obywateli". Jak można było zostać wówczas katem? Czy to były świadome wybory, czy stały za tym rodzinne tradycje?
To trudne pytanie, na które odpowiedź brzmi: to zależy. O grodziskich katach wiele dowiedziałem się z badań Jędrzeja Czechowskiego, historyka-regionalisty, który opublikował na ich temat pracę. Doszedł w niej do ciekawych ustaleń – akurat w przypadku Grodziska tą profesją zajmowali się z reguły przedstawiciele znanych śląskich i niemieckich rodów katowskich. Ale w innych miastach Rzeczypospolitej nieraz katem zostawało się przypadkiem – ktoś, kto był szemranym człowiekiem z marginesu, decydował się na podjęcie tej pracy, gdy pojawiała się taka okazja i idące za nią pieniądze.
Kaci byli dobrze wynagradzani?
Stosunkowo dobrze, zapewniało im to dość stabilne życie. Nie opływali w luksusy, ale dostawali od miasta dom – a to już dużo – i kontrakt, który gwarantował im określoną sumę za każdą egzekucję czy tortury. Mieli też – w zależności od miasta – zapewnione inne źródła dochodu: prawo do pobierania opłat na targowiskach od sprzedawców czy wynagrodzenie za sprzątanie ulic z nieczystości lub padliny. Nieraz zajmowali się także prowadzeniem domów publicznych (choć nie w Grodzisku). Czyli generalizując, wszystkie te rzeczy, które były spychane na margines przez porządną mieszczańską społeczność, były w zakresie ich obowiązków.
Czym jeszcze Grodzisk wyróżniał się na tle innych miast I Rzeczypospolitej?
Przepływ informacji – nawet druków ulotnych czy listów, bo przecież większość ludzi wtedy nie potrafiła czytać ani pisać – był niewielki, więc tak naprawdę każde miasto i każdy region miały swoją specyfikę. Na specyfikę Grodziska wpływało choćby to, że miał wyjątkowo dobrze rozwinięty przemysł piwowarski – grodziskie piwo w XVIII wieku było sławne na całą Rzeczpospolitą – więc ta grupa zawodowa odgrywała w tym mieście bardzo dużą rolę. A z drugiej strony było to spore (jak na warunki ówczesnej Polski) miasto prywatne, czyli należące do magnata czy Kościoła, a nie do króla. Miast prywatnych były wówczas setki. Był też typowy pod względem ustroju i struktury społecznej: obowiązywało w nim prawo niemieckie, miał radę miejską, ławę, cechy rzemieślnicze i niżej sytuowanych mieszkańców – czeladników, sługi i służące.
Tu podkreślmy, że nie każdy mieszkaniec był obywatelem miasta.
Tak, to też jest specyfika tamtych czasów – dziś nabywamy pewne prawa wraz z urodzeniem, tylko dlatego że jesteśmy ludźmi, a wtedy tak nie było. Pamiętamy choćby o przywilejach stanu szlacheckiego. Mieszczanie w porównaniu z tym mieli gorszy start, na dodatek nie każdy mieszkaniec miasta był jego pełnoprawnym obywatelem, czyli właśnie mieszczaninem. Prawa miejskie otrzymywała osoba, która spełniała określone warunki: było ją stać na utrzymanie nieruchomości w mieście i była "dobrze urodzona" – czyli nie pochodziła z nieprawego łoża. Wiązały się z tym określone przywileje – choćby to, że członkiem cechu mogła zostać tylko osoba w pełni praw miejskich.
Zachowała się do dziś grodziska księga przyjęć do prawa miejskiego, więc historie tych ludzi są udokumentowane – wiemy, kim byli i skąd przyjechali. Najczęściej z Niemiec, ze Śląska i z innych miast Rzeczypospolitej. Ale do miasta przyjeżdżali także ludzie, którzy tych praw nie uzyskali: w poszukiwaniu dorywczej pracy czy na służbę. Często pochodzili ze wsi – zbiegli od swoich panów lub wyjechali, gdy nadarzyła się taka możliwość. Wynajmowali u kogoś kąt lub mieszkali u swoich pracodawców. To było kilkadziesiąt procent mieszkańców, którzy podlegali władzom miejskim i obowiązywało ich lokalne prawo, natomiast nie mieli przywilejów wynikających z bycia mieszczaninem.
Jak używanie przymiotnika "sławetny" przed nazwiskiem.
Zdecydowanie tak – to kolejna cecha charakterystyczna tych społeczności, że to, jak kogoś tytułowano, miało olbrzymie znaczenie. To nie był tylko pusty wyraz grzecznościowy, lecz miał swoje ważkie społeczno-prawne znaczenie. Mieszczanie byli "sławni", chłopi "pracowici". Słudzy zaś z reguły nie mieli tego typu określeń – w księgach byli po prostu Anką czy Krzyśkiem. Co charakterystyczne, często nie kłopotano się nawet podawaniem ich nazwisk.
Poza tym, jak piszesz, prawodawstwo nie było wówczas silnie skodyfikowane, więc każde miasto miało pod tym względem własną specyfikę.
Był pewien korpus praw, który obowiązywał z grubsza we wszystkich miastach na prawie niemieckim. Jednak ich interpretacji nikt specjalnie nie kontrolował – można było odwołać się do zawierających je "Zwierciadła Saskiego" i "Weichbildu" po łacinie, po niemiecku czy też do polskiego tłumaczenia Bartłomieja Groickiego – a każdy z tych tekstów nieco się różnił. Każde miasto miało również swoje wilkierze, czyli uchwały rady miejskiej. To sprawiało, że dany przepis mógł być zaskakujący dla przybysza z innego miasta, który złamał prawo i nawet o tym nie wiedział.
Pod tym względem ten okres przedindustrialny był z punktu widzenia historyka bardzo barwny – przecież dopiero w drugiej połowie XVIII wieku podejmowano pierwsze próby ujednolicenia prawa w Prusach, w Austrii czy w Rzeczypospolitej za sprawą reform stanisławowskich. Poza tym, funkcjonowało jeszcze niepisane prawo zwyczajowe…
W książce opisujesz taki rytuał wyproszenia od kary śmierci.
Pewien Marcin (znany nam tylko z imienia) zabił i ograbił dwóch napotkanych na gościńcu Żydów. Został pojmany, postawiony przed sąd i skazany na śmierć. Gdy sędziowie wydali wyrok, przekazali go katu i ten jako jedyny w tym momencie dysponent jego życia i śmierci wiódł go do miejsca stracenia. Gdy kara miała już zostać wykonana, podbiegła do niego dziewczyna, zarzuciła chustę na szyję skazańca i powiedziała: "Kacie, tobie kopa, a ty dej mi chłopa". Kopa, czyli 60 groszy – symboliczna kwota. Był to rytuał wypraszania skazańca od kary śmierci, który sporadycznie zdarzał się w Rzeczypospolitej.
To zdarzenie jest ciekawe z dwóch powodów. Po pierwsze, mamy tu do czynienia z prawem zwyczajowym, które funkcjonowało pomimo tego, że nie było skodyfikowane. A po drugie jest to jeden z rodzajów klęcia – w tym wypadku zaklinania. Anonimowa dziewczyna z podgrodziskich Ruchocic słowem i gestem zaklęła kata do odstąpienia od wykonania wyroku. Rytuał wykonany w odpowiednim miejscu i czasie był uznawany za skuteczny i miał moc uwolnienia od śmierci.
Co do zasady wiejska dziewczyna nie miała prawa do podważania wyroków sądu, lecz jak widać w tej sytuacji, użycie odpowiedniej formuły ją do tego upoważniało. Każdy rytuał pełni podwójną funkcję. Z jednej strony wyraża ład społeczny – to, co ludzie uznają za słuszne i akceptowalne – a z drugiej strony za każdym razem ten ład stwarza i utwierdza. Ona odnalazła się w tej sytuacji, bo zastosowała odpowiedni rytuał, który był uznawany społecznie i dzięki temu zadziałał.
Potem, już po rozbiorach, gdy zapanowały nowe porządki prawne, takie próby zaklinania i uwalniania skazańca od stracenia jeszcze podejmowano, ale nie działały – nie uznawano już prawa przypadkowych osób do unieważniania wyroków.
Wyrazem wiary w moc słów było także zaklinanie się, czyli przysięganie.
To była społeczność, w której nie przysięgano ot tak po prostu, żeby tylko zapewnić kogoś o swojej prawdomówności. Znowu wracamy do tego, że słowo miało wtedy o wiele większe znaczenie, więc kłamliwa przysięga mogła nieść za sobą olbrzymie konsekwencje. Po pierwsze, dla chrześcijanina wiązało się to z groźbą mąk piekielnych, jak i tego, że Bóg ukarze go jeszcze za życia. Nie chodziło tu wyłącznie o krzywoprzysięstwo – obawiano się także tego, że ktoś mógł po prostu źle zapamiętać dane wydarzenie, więc podsądni często nie chcieli w ogóle przysięgać. Mało tego, podaję w książce przykład, w którym to ofiara miała składać przysięgę poświadczającą prawdomówność, a wtedy oskarżony (choć nie musiał tego robić) powiedział, że w takim razie on chce od sprawy odstąpić – lepiej, żeby już przegrał proces, niż żeby używać przeciw niemu przysięgi, to działanie o zbyt dużej sile rażenia.
Traktowano to bardzo poważnie, choć z drugiej strony zdarzały się pewnie odwrotne sytuacje, celowego krzywoprzysięstwa. Ważne, żebyśmy nie postrzegali tamtych ludzi zero-jedynkowo – owszem, zachowywali się oni według określonych wzorów kulturowych, ale przecież mogło być tak, że nawet jeśli ktoś przez całe życie wierzył w moc przysięgi, to znalazł się w sytuacji, w której jednak postanowił krzywoprzysięgać, prawda?
Takim interesującym zwyczajem prawnym był także rytuał odszczekiwania…
To bardzo ciekawy zwyczaj, który ma jeszcze średniowieczną metrykę. Odszczekiwanie zachodziło wówczas, gdy ktoś kogoś pomówił czy obrzucił obelgami i został za to ukarany. Tu znowu wracamy do koncepcji substancjalności słów – wypowiedziane słowo wyszło z czyichś ust, a więc zaistniało, więc trzeba tę sytuację jakoś odkręcić, żeby przywrócić poprzedni porządek. Skoro dana osoba zhańbiła kogoś swoimi słowami, to teraz sama musi zostać zhańbiona, żeby wyrównać tę sytuację.
Takim efektownym rozwiązaniem tego typu sporu był właśnie wspomniany rytuał odszczekiwania, w którym skazany dosłownie na czworaka odwoływał niewłaściwie wypowiedziane słowa. Co charakterystyczne, w trakcie jego wykonywania wypowiadał formułę "te słowa z powrotem biorę w gębę swoją" – czyli słowa, które wyrzuciło się z siebie niczym pocisk trzeba z powrotem połknąć. To znowu pokazuje, że ludzie wówczas zupełnie inaczej postrzegali wypowiadane słowa niż my. Dla nas dziś to są w zasadzie puste dźwięki. Wydaje się zaś, że dla tamtych ludzi miały one fizyczny wymiar.
Z reguły jednak w Grodzisku kary odszczekiwania nie wykonywano w tak rozbudowany sposób. Zwykle wystarczyło przeprosić i odwołać swoje słowa – szczególnie jeśli to była sprawa pomiędzy osobami równymi sobie w hierarchii społecznej. Znany mi przykład, w którym skazany musiał rzeczywiście siedzieć w sądzie na czworaka pod ławą i tak się poniżyć, dotyczył burmistrza Opalenicy – miasta nieopodal Grodziska, które należało do tych samych właścicieli, rodu Opalińskich. Ów burmistrz wypowiedział się niepochlebnie o przedstawicielu tego rodu i za to został przykładnie ukarany – wedle obowiązującej hierarchii społecznej nie mogło być tak, że byle burmistrz będzie obrażał swojego pana i to trzeba było wyrokiem sądu podkreślić.
Osobny rozdział w książce poświęciłeś gestom. Nieraz te kody kulturowe, które były w pełni zrozumiałe dla ówczesnych mieszkańców Grodziska, dla nas są już nieczytelne. Jak w opisywanej przez ciebie historii, gdy wyśmiewano szewca w karczmie, stawiając przed nim uszkodzone kufle i naczynia, a wszyscy zgromadzeni mieli z tego ubaw.
Cała ta książka jest moją próbą wykonania tłumaczenia kulturowego. Mamy w niej do czynienia z pewnymi sytuacjami komunikacyjnymi – gestami i słowami, których znaczenie chciałem wyjaśnić współczesnemu czytelnikowi. Przy czym słowa bywają nieraz bardziej zdradliwe, bo wydaje nam się, że je rozumiemy. Trzeba jednak przy tym zachować ostrożność, żeby nie dokonać ich anachronicznego odczytania.
Tego konkretnego przykładu nie potrafiłem jednak odczytać. Domyślam się, że mogło tu chodzić o – właściwe zwłaszcza kulturom chłopskim – wysokie cenienie użyteczności: skoro stawia się przed kimś dziurawe naczynie, to sugeruje się, że jest on w jakiś sposób niesprawny. Może chodzi tu o sprawność seksualną, np. impotencję? Wchodzimy tu jednak głęboko w sferę domysłów.
Są też przykłady gestów, których używamy i dziś, ale jednak nieco inaczej. Moim ulubionym przykładem jest gest podania ręki. Dziś podajemy sobie ręce na przywitanie, to gest symbolizujący przyjaźń i dobre zamiary. A wówczas uściśnięcie dłoni następowało przede wszystkim w momencie, w którym dobiliśmy z kimś targu. W drugiej kolejności zaś, gdy zawierano jakiegoś rodzaju pakt, np. zapoznania się z kimś. W książce przytaczam historię 13-letniej Anny, nieszczęsnej dziewczyny skazanej za czary, która na torturach wyznała, że zapoznała się z czartem Jaśkiem właśnie poprzez uściśnięcie dłoni. Wydaje się, że to sytuacja analogiczna do dzisiejszej – poznali się, więc podali sobie ręce. Obecnie stosujemy jednak ten gest dużo częściej – wtedy nie witało się w ten sposób każdego znajomego spotkanego na ulicy, tylko używało się go w wyjątkowych sytuacjach, jak wspomniane zawarcie znajomości.
Takich gestów, których znaczenie zelżało, jest więcej – choćby zrzucenie komuś czapki z głowy. Do tej pory jest to obraźliwe, prawda? W trakcie pracy nad książką natrafiłem na artykuł o tym, że kilka lat temu skazano kogoś za zrzucenie policjantowi czapki z głowy. Jednakże żyjemy w społeczeństwie, w którym nakrycie głowy nie ma tak dużego symbolicznego znaczenia – jedni noszą czapki, inni nie. Natomiast w okresie nowożytnym każdy dorosły człowiek nosił jakieś nakrycie głowy. Tak należało robić, a szczególnie tyczyło się to kobiet – mężatka, która wychodziła z domu bez chusty, sama stawiała się w rzędzie pomiędzy (w najlepszym wypadku) małą dziewczynką a (w najgorszym razie) nierządnicą. Czyli zrzucenie komuś tego nakrycia głowy znów uruchamiało cały szereg symbolicznych skojarzeń – gdy jedna kobieta robiła to drugiej, to tak jakby mówiła (łagodnie rzecz ujmując): "ty źle się prowadzisz".
Czyli możemy powiedzieć, że z reguły za tymi obraźliwymi gestami i obelgami stała chęć zrzucenia danej osoby z jej pozycji na drabinie społecznej?
Tak, to jest jedna z moich hipotez. Uważnie przyglądając się wyrazowi "zniewaga", widzimy, że oznacza ono odebranie komuś wagi, pokazanie, że jest mniej ważny. To miało szczególne znaczenie w silnie zhierarchizowanej społeczności – jeśli mieszczanin próbował symbolicznie strącić innego mieszczanina z jego pozycji w tej hierarchii, to było to o wiele bardziej krzywdzące, niż mogłoby nam się wydawać.
Z twojej książki wyłania się obraz społeczności, w której skala przemocy i brutalności była bardzo wysoka – bijatyki w karczmach wybuchały pod byle pretekstem i tak dalej. Jednak według ówczesnych norm społecznych akceptowalna była tylko przemoc, która odbywała się w patriarchalnym schemacie – przyjęte było to, że ojciec mógł bić syna, mąż żonę, pan sługę, majster czeladnika czy właściciel zwierzę.
Taki właśnie obraz wynika ze znanych mi źródeł. Przemoc można było bezkarnie stosować w sytuacjach, gdy ktoś miał do tego prawo wynikające z patriarchalnego porządku, ale nie można było z tym przesadzać. Przemoc musiała mieć też uzasadnienie, np. pełnić funkcje wychowawcze lub być komunikatem dla tej bitej osoby. Cytuję w książce Tomasza Wiślicza, który stwierdził, że w okresie staropolskim uważano wydanie polecenia za skuteczne wyłącznie wtedy, gdy potwierdziło się je szturchańcem, kopniakiem czy batem. Nadużywanie przemocy wobec członków swojej rodziny czy poddanego mogło doprowadzić do sprawy sądowej, choć działo się to rzadko, gdyż niechętnie podważano czyjeś prawo do jej stosowania. Musiała zostać przekroczona granica brutalności, aby do tego doszło.
W książce opisuję taką sprawę: pewna kobieta wyszła za mąż za człowieka, który okazał się sadystą i furiatem. Bił ją, groził jej śmiercią. W końcu uciekła z domu do swojego ojca. To też znamienne – że schronienia szukała u innego mężczyzny, który również miał nad nią patriarchalną władzę. Sąd postanowił jednak, że kobieta powinna wrócić do męża, bo tak nakazuje porządek społeczny – skoro są małżeństwem, to powinni żyć pod jednym dachem. Mąż został jedynie symbolicznie napomniany, żeby "lepiej się zachowywał".
Inna sprawa dotyczyła bicia dzieci. W grodziskiej szkole parafialnej jeden chłopiec uderzył drugiego. Ojciec pobitego dziecka sam wymierzył karę łobuzowi. Sprawa trafiła przed sąd. Ten orzekł jasno: skoro nie jesteś ojcem tego dziecka, to nie miałeś prawa go uderzyć. Powinieneś był zgłosić sprawę do nauczyciela, władz miejskich albo rodziców chłopca – nie miałeś jednak prawa działać na własną rękę.
Ten przypadek dobrze pokazuje, że – choć z naszej perspektywy mogą wydawać się nieraz dziwne czy okrutne – reguły obowiązujące w tej społeczności były bardzo spójne. Czytając tego typu źródła, wszystko wydaje się z początku chaotyczne, ale im dłużej się w nie wczytujemy, tym wyraźniej widać wewnętrzną logikę tamtego świata. To społeczeństwo miało swoje zasady – często niepisane – które dla nich były oczywiste, tak jak dla nas oczywiste są nasze normy życia codziennego.
Łukasz Truściński – doktor nauk humanistycznych w zakresie historii, autor książki "Wołania. Praktyki komunikacyjne mieszkańców Grodziska Wielkopolskiego w XVIII wieku" (2024). Do jego głównych zainteresowań badawczych należy historia społeczna i kulturowa miast Rzeczypospolitej okresu przedrozbiorowego. W dorobku nauk społecznych, przede wszystkim antropologii, widzi niewyczerpane źródło inspiracji dla historyka.