A co stało się dla ciebie punktem wejścia w łemkowski świat?
Pamiętam dokładnie ten dzień, kiedy w Muzeum Kultury Łemkowskiej w Zyndranowej wziąłem do rąk obraz Teodora Kuziaka przedstawiający Łemkinię. W jej twarzy zobaczyłem cały kosmos. Była niemal męska, ale zarazem bez wątpienia kobieca. Surowa i chłodna, a jednocześnie przejmująco smutna, jakby niosła w sobie ciężar doświadczenia starszego niż jedno życie.
Stałem z nim w rękach i zacząłem płakać. Płakałem długo, bez oporu. Miałem wrażenie, że opłakuję moją prababkę, moich bliskich wysiedlonych w ramach akcji „Wisła”, ale także coś więcej niż konkretne osoby. Opłakiwałem przerwaną ciągłość, pamięć, która domaga się głosu. Było to doświadczenie przychodzące z samej głębi, pozbawione kontroli i dystansu, doświadczenie, które wydarza się zanim pojawi się język.
Wtedy zrozumiałem, że właśnie tym chcę się zajmować, mówieniem o sztuce łemkowskiej. Z tego momentu wyrosła ta wystawa. Najpierw jako potrzeba poszukiwania samego siebie, a później jako droga ku artystom i ku odpowiedziom na pytania, które od dawna we mnie dojrzewały. Na część z nich dziś potrafię odpowiedzieć, inne wciąż pozostają otwarte i być może takie powinny pozostać.
Dlaczego w ogóle do tego doszło? To pytanie powraca do mnie nieustannie. A jednak właśnie w jego nieustępliwym powracaniu odnajduję siłę. Widzę ją, gdy patrzę na młode pokolenie Łemków, obecnych na wernisażu i obecnych także dziś, którzy w podziękowaniu za tę wystawę zaśpiewali mi Mnohaja i Blahaja lita, pieśń wykonywaną przy urodzinach i ważnych momentach wspólnotowego trwania. Było to doświadczenie głęboko poruszające, potwierdzające, że pamięć, nawet zraniona, może nadal być źródłem życia.
Dziś, po dziesięciu latach pracy nad wystawą, po obronie doktoratu, po kameralnej wystawie w Etnocentrum w Krośnie, mam poczucie, że dobrze się stało, że Formy obecności zostały otwarte właśnie teraz. Ten czas okazał się konieczny: czas dojrzewania, porządkowania doświadczeń i uczenia się uważności. Dopiero dzięki niemu potrafię mówić własnym językiem. Nie jest to język zapożyczony wyłącznie z lektur czy teoretycznych inspiracji, lecz język świadomy – mój, a zarazem współbrzmiący z głosami artystów, z którymi prowadziłem rozmowy. To język wyrastający z doświadczenia, relacji i odpowiedzialności za wypowiadane słowa.
Kogo szczególnie chciałbyś zaprosić na Formy obecności?
Wystawa powstała z potrzeby prezentowania naszej sztuki jako autonomicznej praktyki, a nie jako dodatku do etnograficznego kontekstu czy marginalnego przypisu w historii. Oczywiście chciałbym zaprosić na nią Rusinów Karpackich, ale jest to zarazem zaproszenie skierowane do świata sztuki i instytucji, które wciąż zbyt rzadko uznają doświadczenie mniejszościowe za równorzędnego partnera narracji. Myślę również o tych, którzy dopiero tutaj mogą odkryć, że ta historia nie jest czyjaś, lecz współtworzyła rzeczywistość, w której sami funkcjonują. Ta wystawa jest dla wszystkich.
Jeśli uruchamia takie rozpoznanie, spełnia swój sens. Polska, podobnie jak kraje, w których mieszkają Rusini Karpaccy, nigdy nie była monoetniczna, dlatego historia sztuki Europy jest także historią sztuki mniejszości etnicznych.