Klęska
Od 1922 roku Leśmian pracował już nie w Hrubieszowie, lecz w Zamościu, jako notariusz, jak pisze Łopuszański: „Dla poety nastało kilka lat dostatku i swobodnego dysponowania gotówką”. Jednak tak samo jak wcześniej w Hrubieszowie – znaczną część czasu spędzał poza miejscem pracy, prowadzenie notariatu pozostawiając swojemu zastępcy. Bywał w Warszawie, ale także w Paryżu czy Monte Carlo, gdzie nie tylko grał w kasynach, ale też zastanawiał się nad „odmładzającą kuracją” słynnego wówczas doktora Siergieja Woronowa. Kuracja – według Leśmiana sprawdzona i przynosząca wspaniałe rezultaty – polegała na podaniu małpich hormonów, co miało przywracać mężczyznom dawną sprawność seksualną. Nie wiadomo jednak, czy poeta poddał się leczeniu, ani – jeżeli do kuracji doszło – jakie przyniosła rezultaty, choć najpewniej nie różniły się one od efektów wszelkich zabiegów, którym Leśmian tyleż z nadzieją, co bez powodzenia, poddawał się w walce z łysiną. Wkrótce jednak dręczącą myśl o starzejącym się ciele przysłoniły inne kłopoty.
W sierpniu 1929 roku rutynowa kontrola finansowa wykazała braki w zamojskiej kasie. Okazało się, że zastępca Leśmiana przez lata korzystał z nieuważności szefa. Poeta – w świetle prawa odpowiedzialny za finanse notariatu – nie tylko stanął przed groźbą bankructwa, lecz także więzienia. Chociaż przez ostatnie lata zarabiał wspaniale, nie oszczędzał. I wtedy właśnie Dora pokazała, jak wielka jest jej miłość. Jak pisał o niej Brzechwa: „pozbyła się bez wahania luksusowego mieszkania […]. Za uzyskaną ze sprzedaży kwotę pokryła w poważnej części zdefraudowaną sumę”.
Leśmian zachował posadę i w kolejnych latach spłacał długi, ale cała sprawa odbiła się na jego zdrowiu. W połowie 1932 roku, po poważnym ataku serca, przez kolejne tygodnie musiał pozostać na zwolnieniu lekarskim. Zamiast małpich hormonów na potencję poeta musiał przyjmować leki na serce.
Pracę w Zamościu zakończył ostatecznie w 1935 roku. Chociaż jeszcze w 1936 roku opublikował erotyk Nocą umówioną, w którym podmiot liryczny wspominał, jak to „Przyszło do mnie ciszkiem to przychętne ciało” i następnie „Lgnęło mi do piersi – ofiarnie pachnące,/ Domyślnie bezwstydne i – posłuszniejące…” – to jednak siły poety były już na wyczerpaniu. Tom Napój cienisty, wydany w 1936 roku, był ostatnim, który ukazał się za jego życia.
Jeszcze na początku roku 1937 Leśmian zdążył spoliczkować narzeczonego swojej młodszej córki Wandy, który zaproponował jej zamiast małżeństwa romans – jako że ona była pochodzenia żydowskiego, a on członkiem ONR-u.
Jeszcze w kwietniu zdążył zapłakać na pogrzebie swojego wielkiego przyjaciela Franca Fiszera, tego samego, który mówił o pustej dorożce.
Jeszcze wybrał tytuł do kolejnego tomu – Dziejba leśna (został wydany w 1938 roku) i jeszcze w październiku zdążył napisać traktat o poezji polskiej, który to traktat, według wspomnień córki Wandy, najpierw przeczytał swojej wieloletniej cichej towarzyszce życia – Zofii. Nie zdążył go już tylko wygłosić. Zmarł 5 listopada, trzy dni przed planowanym posiedzeniem Polskiej Akademii Literatury, zaledwie w wieku 60 lat.
Trumnę, poza córkami, pisarzami i poetami (m.in. Janem Brzechwą, Zenonem Przesmyckim czy Julianem Tuwimem) odprowadzały kobiety, które Leśmian pokochał w swoim życiu. Zofia, Celina i Dora. Na pogrzebie były wszystkie trzy. Według nekrologów zmarł na serce.
Oszczędzona została mu druga wojna światowa. A w wierszach, które po nim pozostały, ludzie – jeśli już umierali – to nie w getcie i obozach, ale po prostu z miłości. Jak ta dwójka nieszczęsnych, zakochanych ludzieńków z tomu Łąka.
Często w duszy mi dzwoni pieśń, wyłkana w żałobie,
O tych dwojgu ludzieńkach, co kochali się w sobie.
Lecz w ogrodzie szept pierwszy miłosnego wyznania
Stał się dla nich przymusem do nagłego rozstania.
Nie widzieli się długo z czyjejś woli i winy,
A czas ciągle upływał – bezpowrotny, jedyny.
A gdy zeszli się, dłonie wyciągając po kwiecie,
Zachorzeli tak bardzo, jak nikt dotąd na świecie!
Pod jaworem – dwa łóżka, pod jaworem – dwa cienie,
Pod jaworem ostatnie, beznadziejne spojrzenie.
I pomarli oboje bez pieszczoty, bez grzechu,
Bez łzy szczęścia na oczach, bez jednego uśmiechu.
Ust ich czerwień zagasła w zimnym śmierci fiolecie,
I pobledli tak bardzo, jak nikt dotąd na świecie!
Chcieli jeszcze się kochać poza własną mogiłą,
Ale miłość umarła, już miłości nie było.
I poklękli spóźnieni u niedoli swej proga,
By się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga.
Więc sił resztą dotrwali aż do wiosny, do lata,
By powrócić na ziemię – lecz nie było już świata.