Jacek Podsiadło
"Czy poezja jest w stanie"
Czytam znaleziony w papierach list z 28 stycznia 1984 r.
Napisany kanciastymi literkami tak dawno.
"Brałam udział w olimpiadzie jęz. francuskiego.
Z naszej klasy pisało 7 osób. Byłyśmy przygotowane,
że po napisaniu pracy pójdziemy do domu. Wyobraź sobie
nasze zaskoczenie i wściekłość, kiedy kazano nam
grzecznie iść na lekcję". Wyobrażam je sobie.
Zaskoczone, wściekłe. Obrażone królewny
w niedzisiejszych strojach. Imitacje dżinsów, plisowane spódnice,
rajtuzy, podkoszulki w prążki, ta grubsza nawet w fartuszku.
Widzę wyraźnie. Aż do niewielkiego bólu.
Usta nieznające szminki i szmaciane chustki do nosa w kieszeniach.
Schodzą do sali matematycznej, bez końca schodzą ze schodów.
(Jacek Podsiadło, "Wiersze zebrane", t. 2, Warszawa 1998)
Na początku lat osiemdziesiątych, a więc w zamierzchłych czasach, gdy Platon i Hannah Arendt bywali jeszcze dla naukowców autorami myśli, a nie tylko erudycyjnych mott do publikacji naukowych, psychologowie Mihály Csíkszentmihályi i Eugene Rochber-Halton opublikowali książkę stanowiącą analizę trzystu rozmów, które przeprowadzili w amerykańskich domach na temat znaczenia znajdujących się w nich przedmiotów. Wnioski były zaskakujące. W domach sklasyfikowanych jako emocjonalnie ciepłe rodziny wspominały o tym, że niektóre przedmioty są nie do zastąpienia. Z kolei w domach zimnych pytanie o wyjątkowe przedmioty często budziło sprzeciw. Proszę nie pytać o jakieś tam bibeloty, lecz o ludzi! Przy bliższych oględzinach asertywni antymaterialiści okazywali się jednak osobami mającymi najmniej kontaktów społecznych. Własność nie kłóciła się zatem z wartościami humanistycznymi. Przeciwnie. Miłość do rzeczy szła w parze z przywiązaniem do innych.
Na poziomie osobistym to pewnie dość oczywiste. Przedmioty, nawet jeśli mają rynkowy rodowód, mogą ważyć duszę. Trzeba tylko spojrzeć na nie pod odpowiednim kątem. Istnieje różnica między kupnem płytek ceramicznych kojarzących się nam z portugalskimi azulejo, które oglądaliśmy na wspólnej wycieczce do Porto, a wnętrzem z żurnala, zaprojektowanym przez wynajętego architekta zgodnie z obowiązującym w tym sezonie kanonem szwedzkości. Nieprzypadkowo tak skrzętnie usuwamy również ceny z wręczanych bliskim prezentów. Liczba jest anonimowa i zimna. Przedmioty są konkretne i ciepłe. Ich faktury, zapachy, a także związane z nimi idee czy wspomnienia tworzą naturalne związki z cząsteczkami ludzkiego wnętrza. Ceny to ich naturalni antagoniści.
Trudniej połączyć ze sobą posiadanie i ludzki gest na poziomie kulturowej diagnozy. Po Erichu Frommie, hipisach i punk rocku każdy przyzwoity człowiek musi się przecież zgodzić, że kto chce naprawdę być, ten nie może mieć, a kto ma, ten może i jest, ale wyłącznie w jakimś ograniczonym bądź skarlałym sensie. Oburzenie na zachłanny materializm to rodzaj kulturowego wtajemniczenia, ulubiony rytuał intelektualny Pierwszego Świata. W środku nocy, siedząc nad szklanką z kraftowym piwem, wykształcony Europejczyk musi być w stanie wymienić przynajmniej trzy grzechy główne kapitalizmu, każdy rozwijając w kilku brawurowych podpunktach. „Zamieniliśmy potrzeby duchowe na zmysłowe przyjemności, galerie handlowe to świątynie konsumpcji, fetyszyzm towarowy wywołuje obsesję na punkcie opatrzonego znakiem firmowym kawałka materii”. Potem można z czystym sumieniem zamówić kolejną hazy ipę.
Problem w tym, że w kapitalizmie, wbrew potocznym skojarzeniom, nie chodzi w ogóle o rzeczy. Miłość do posiadanych przedmiotów, jeśli nie przekłada się na pragnienie kolejnych zakupów, jest dla tego systemu szkodliwa. Kto jeździ do pracy Rometem i od dwudziestu lat rozmawia przez ten sam telefon komórkowy, jest więc zapewne zatwardziałym konserwatystą albo hipsterem, ale przy okazji mniej więcej takim samym wywrotowcem jak żarówka Centennial Light, która od 1901 roku świeci z przerwami w kilku lokalizacjach w Kalifornii. Przy "całym swoim prostackim materializmie" – pisze brytyjski filozof Terry Eagleton – kapitalizm "po kryjomu reaguje alergicznie na materię". "Żaden konkretny przedmiot nie może zaspokoić jego wilczego apetytu, kiedy gorączkowo rzuca się na kolejne zdobycze, obracając je w nicość w beznadziejnym pościgu za swoim ostatecznym pragnieniem. Romansując z materią, w postaci willi w Toskanii i podwójnych brandy, społeczeństwo kapitalistyczne żywi do niej skrytą nienawiść. To kultura podszyta fantazją, do cna idealistyczna, napędzana odcieleśnioną wolą, która marzy o starciu natury w proch. Czyni sobie bożka z materii, lecz nie może znieść oporu, jaki stawia ona jej snom o wielkości". Na ogół skupiamy się zatem na powierzchni: materializmie, wulgarnym hedonizmie, skandalicznych nierównościach, ekscesach procenta bogaczy. Tymczasem nawet miliarderzy urządzający orgie na wartych setki milionów dolarów jachtach to w istocie jedynie pożyteczni idioci – chwilowy nośnik procesu, który w ostatecznym rachunku wykracza poza realia ludzkiego świata. Gdyby w kapitalizmie chodziło o człowieka i materię, już dawno zadowolilibyśmy się którymś z dostarczonych nam przez rynek przedmiotów. Prawdziwą namiętnością kapitału jest jednak wola, nieskończoność, a więc czysta metafizyka.
Wiersz Jacka Podsiadły interesuje mnie w tym kontekście jako opis momentu czułości (słowo, które dwadzieścia lat przed poradnikami pozytywnego egoizmu i Noblem dla Olgi Tokarczuk Podsiadło zapisywał w swoich wierszach wielką literą): chwili pomiędzy "wyobrażam sobie" a "widzę wyraźnie", gdy akcja spowalnia, a idące na matematykę królewny zanurzają się w padającym znikąd, nierzeczywistym świetle. Nie ma poezji bez tego rodzaju znieruchomień, chwil halucynogennej intensywności. "Czas wykonuje wyrok za wyrokiem – tłumaczy Podsiadło gdzie indziej – na kwiatach, na postanowieniach poprawy, / na operowych ariach. Nagle na nas spada / ostre napomnienie gilotyny, nagle. / Zmiata nas podmuch wspomnienia albo uderzeniowa / fala Czułości". Przykłady poetyckich stopklatek można oczywiście mnożyć. "A to jest, jak kiedy przy stole na naszym przyjęciu studentów i studentek nagle przestawałem tam być i nas wszystkich, rozgadanych, śmiejących się, ogarniałem wzrokiem, jak gdyby już tych, co żyli byli dawno" (Czesław Miłosz). "Wróć myślą do koncertu, kiedy wybuchła muzyka" (Adam Zagajewski). Edward Stachura, przyglądając się dolinie Wisły ze skarpy pod Annopolem, określił podobne doświadczenia mianem "całej jaskrawości". Wisława Szymborska poświęciła wiersz tanecznej pozie Isadory Duncan i jej wyrwanemu z czasu znieruchomieniu. Początek "Dukli" Andrzeja Stasiuka to wspaniały poemat o naturze zjawiającego się w takich chwilach światła.
Czym jest czułość? Olga Tokarczuk w mowie noblowskiej nazwała ją "najskromniejszą odmianą miłości". "Czułość jest głębokim przejęciem się drugim bytem, jego kruchością, niepowtarzalnością, jego nieodpornością na cierpienie i działanie czasu", "Pojawia się tam, gdzie z uwagą i skupieniem zaglądamy w drugi byt, w to, co nie jest »ja«". Powiedzmy to tak: czułość, a więc kluczowy składnik poezji – moim zdaniem pasuje ona tu lepiej niż powieść, o której pisze noblistka – to forma własności oznaczająca posiadanie intensywniejsze i bardziej rzeczywiste niż to, na które można liczyć, kupując towary lub rynkowe usługi. Między "być" a "mieć" nie ma żadnej sprzeczności, ponieważ miłość będąca maksymalną intensywnością istnienia jest zarazem najwyższą – i jedyną satysfakcjonującą – formą posiadania. Oryginalny japoński czajnik żeliwny do zaparzania zielonej herbaty to już coś, ale dopiero pod wpływem czułości (raz jeszcze Tokarczuk) "imbryk zaczyna mówić", wypełniając brzęczącą pustkę. Za prawa do tantiem do utworu muzycznego można stać się ekspatą i kupić sobie kawałek sztucznej wyspy w Dubaju, ale jego prawdziwym właścicielem jest ten, kto przy nim płacze, kocha się albo próbuje oderwać się razem z autem od wiejskiej drogi. W świecie ekonomii i gazet Elon Musk ma wszystko oprócz Twittera. W rzeczywistości należy do niego wyłącznie to, co w pewnym momencie życia udało mu się pokochać.
Krótko mówiąc, kapitał nie dlatego jest zły, że zachęca do posiadania przedmiotów, nie są one wszak z definicji szkodliwe, ani nawet nie dlatego, że skrycie roi o nieskończoności. Pragnienie wszystkiego to stała antropologiczna. Większość tradycyjnych systemów filozoficznych i religijnych postrzega człowieka jako mieszaninę doczesności i wieczności, śmiertelnego ciała i nieśmiertelnej duszy. Oszustwo kapitału, a pośrednio wszystkie związane z nim formy degeneracji –wołające o pomstę do nieba nierówności, hałdy toksycznych śmieci czy wojny o zasoby – wynikają z zawartej w nim obietnicy rozwiązania problemu nieskończoności za pomocą dostarczanych nam serii atrakcji. Od kart kolekcjonowanych przez dzieci, przez rekursywne pętle gier elektronicznych, po kolejne przełomowe sezony seriali. Fromm (oddajmy mu wreszcie sprawiedliwość, "Mieć czy być" to fałszywa alternatywa, ale bardzo dobra książka) ujął to tak: "Jesteśmy przedmiotem największego eksperymentu społecznego, jaki kiedykolwiek przeprowadzono, eksperymentu, którego celem jest odpowiedź na pytanie: czy przyjemność (jako afekt bierny, przeciwstawiony afektom aktywnym – szczęśliwości i radości) może stanowić zadowalającą odpowiedź na problem ludzkiej egzystencji". Kapitał obiecuje produkować, a następnie sprzedawać nam po okazyjnej cenie kawałki nieskończoności, w związku z czym od dwustu lat zatrudnia i zwalnia z pracy, przeczesuje nieba i przekopuje dna oceanów w poszukiwaniu materiałów, które, jak twierdzi, są mu potrzebne, aby kontynuować projekt. Zdrowy rozsądek podpowiada, że coś tu nie gra: od dwustu lat stale się bogacimy, a od pięćdziesięciu krytykujemy konsumpcjonizm. Poetycka czułość to w tym kontekście lekcja innego pozyskiwania rzeczywistości, przejście od zapętlonych algorytmów i debilnych refrenów, których uczą nas maszyny, do punktu, w którym "z trzaskiem otwiera się kasztan nad naszymi głowami".