Adam Zagajewski
"Komunikat"
Jeśli żyjesz w państwie deficytowym,
w którym wielka ilość przemówień
równoważy wszystkie niedomówienia,
w którym ogrody botaniczne i zielniki
są wzorem poprawności językowej
a ulubioną potrawą ludności
są gołąbki pokoju, jeśli mieszkasz w kraju,
w którym płoną róże, ulice są coraz szybsze,
miasto pochyla się jak słonecznik
i jednomyślnie rosną lasy,
gdzie każdy nosi przy sobie swoją fotografię
i imiona zmarłych, gdzie wyznaje się
ironiczną religię wspomnień i podwójnej wiary,
napisz do mnie; zbieram widokówki,
interesuję się muzyką, malarstwem,
filatelistyką, sportem i poezją.
1970
PRL przechodził rożne fazy. W poezji Adama Zagajewskiego z okresu Nowej Fali nie jest już światem zdradzonych o świcie i dołów wypełnionych wapnem. Więcej w nim łgarstwa i intelektualnej tandety. To kraina "oszustów / którzy opanowali sztukę mówienia / z rękami zaciśniętymi na gardle" ("Pewnego dnia postanowiłem się dowiedzieć kim jestem"), gdzie raz po raz umiera się "na szczurzą chorobę przymykania oczu", a codziennością rządzi lokalna adaptacja moralności Kalego: "Rano kradniesz wieczorem pijesz wódkę / jesteś dobrym człowiekiem który ma swoje zasady" ("Miasto"). Zasadą konstrukcyjną tego świata jest hipokryzja. Na powierzchni oficjele próbują za pomocą niedorobionych metafor zagadać społeczne deficyty. Płoną więc róże, fruwają gołąbki, miasta pochylają się jak słoneczniki. Pod spodem, jak to zwykle bywa, jest jednak rzeczywistość, a w niej wąsaty urzędnik, który stuka krawędzią paszportu o wnętrze dłoni, rozkoszując się władzą sprawowaną nad siedzącym przed nim petentem. "I co my z panem dzisiaj zrobimy?"
Wąsy urzędnika biura paszportowego wywołałem nie bez kozery. Przez prawie trzydzieści lat po 1989 roku zarost pod nosem można było od biedy wybaczyć marszałkowi Piłsudskiemu i Lechowi Wałęsie. Wąsy nieźle sprawdzały się również jako element graficzny na tiszertach. Najczęściej oznaczały jednak siermiężnego homo sovieticusa, który zatrzymał się gdzieś na etapie Lady Pank albo Mundialu w Meksyku i ćwierć wieku później zamiast iść jak człowiek na carpaccio z buraka i sushi, wciąż siedział w przydrożnym barze, zajadając świeżynkę i flaki. Gdy w 2011 roku Izabela Mejza i Witold Szabłowski postanowili w ramach antropologicznego eksperymentu odtworzyć w swoim życiu realia PRL-u, on, jako mężczyzna, zaczął metamorfozę od wyhodowania wąsów. Decyzja narzucała się sama. Wąsy przez lata stanowiły kulturowy skrót oznaczający cywilizacyjne zapóźnienie, prowincjonalność, patriarchat, rywalizację aspirujących do Europy młodych z bojącymi się zmian starymi, a przede wszystkim komunę z rozpolitykowanych wierszy Nowej Fali: słusznie miniony system realnego niedoboru, tępawej nomenklatury oraz urzędów, w których zdecydowanie ważniejsza od procedur była osobista znajomość z naczelnikiem.
Biorąc pod uwagę siłę tego skojarzenia, tym bardziej zaskakuje powrót wąsów odtrąbiony w ostatnich latach przez kolorową prasę i plotkarskie serwisy. Patrząc na twarze części moich miejskich znajomych, często nie mam co prawda pewności, czy widzę na nich zarost, czy cytat. Innymi słowy, reaktywacja wąsów, mającą zresztą swój amerykański odpowiednik (do tej pory wąsy oznaczały tam na ogół rasistowskie Południe, dziś coraz częściej kapitalizm z ludzką twarzą z okresu zimnej wojny), może okazać się posthipsterską modą. Fakt, że pewne rzeczy w jednym okresie uchodzą za obciach, a w innym zaczynają nam się podobać, a przynajmniej stają się neutralne, na ogół nie jest jednak przypadkiem. Pisali o tym Kant, Bourdieu i Herbert. Estetyka miesza się w naszym wnętrzu z moralnością, pochodzeniem klasowym i polityką. W poczuciu smaku są "włókna duszy i chrząstki sumienia". Amstaf z nabijaną ćwiekami obrożą rzadko drepcze u boku pana znającego znaczenie słowa "poszetka" i głosującego na światopoglądową lewicę.
Oczywiście dawni wąsacze słabo komponowali się z kuchnią, dziecięcym wózkiem i zapewne nie przyszłoby im do głowy, aby sortować śmieci. Na wzór dla dzisiejszej młodzieży nadają się zatem średnio. W ich braku cyfrowych kompetencji, otyłości brzusznej i ogólnie nieudanej fizjonomii, była jednak pewna uczciwość, a przede wszystkim ludzka miara, której dziś wyraźnie brakuje biegającym maratony żylastym joginom. Przywracając do łask wąsy, nie tęsknimy więc za słomą i seksistowskim dziaderstwem, lecz za spokojnym niedzielnym popołudniem i zwyczajnością. "Dziś tymczasem stoimy wobec rzekomo młodej generacji, która we wszystkich swych odruchach jest nieznośnie doroślejsza, niż kiedykolwiek byli rodzice" – pisał Theodor Adorno w "Minima moralia", amerykańskich notatkach z "poharatanego życia" z 1951 roku. Spencer Elden, który jako czteromiesięczne niemowlę na okładce "Nevermind" Nirvany nurkował za dolarowym banknotem (zasób skojarzeń jest świetny: ludzkie niemowlę wrzucone do wody zaczyna odruchowo gonić pieniądze, wśród przedstawicieli naszego gatunku żądza zysku wyparła nawet instynkt samozachowawczy), w wieku trzydziestu lat uznał, że padł ofiarą dziecięcej pornografii i wystąpił do sądu o odszkodowanie. Diagnoza pokolenia rodziców, przynajmniej w odniesieniu do Eldena, okazała się zatem trafna. Raz jeszcze Adorno: "Nawet neurotyczne dziwactwa i bziki dawnych dorosłych reprezentują charakter, ludzką udatność w porównaniu z patologicznym zdrowiem, infantylizmem, który wyniesiony został do rangi normy". Give us back Kurt Cobain and we will send you Lady Gaga.
Krótko mówiąc, PRL się rozpadł, ale późny kapitalizm miał od samego początku potencjał, aby go zastąpić. Wszystko, o czym Zagajewski pisał w "Planach, sprawozdaniach" – innym znanym wierszu z czasów gierkowszczyzny – po latach raczej zyskało, niż straciło na aktualności. "Naprzód są plany, / potem sprawozdania / Oto jakim językiem / umiemy się porozumiewać / Wszystko musi być przewidziane / O wszystkim trzeba / później opowiedzieć / To, co zdarza się naprawdę / nie zwraca niczyjej uwagi". Jest wszakże różnica. My piszemy kwartalne raporty, zastanawiając się, czy ktoś je w ogóle czyta, choć zarazem z poczuciem, że w gruncie rzeczy robimy coś, co jest cywilizacyjnym standardem. Point de rêveries, panie i panowie. Ideologie (izmy) rozpadły się na procesy (ingi) – controling, mentoring, coaching – rosyjska urawniłowka i pruskie glajchszaltowanie zmieniły się w kompetentnych anglosaskich superwizorów. Zarabiamy, jesteśmy wydajniejsi i nie pijemy na imieninach przesłodzonej herbaty ze szklanek w koszyczkach. Na co dzień robimy jednak z grubsza to samo co wcześniej.
Trudno winić Adama Zagajewskiego, że w 1970 roku, pisząc w wieku dwudziestu pięciu lat "Komunikat", nie odczuwał potrzeby, by niuansować swój stosunek do PRL-u. Taka była mądrość etapu. Po pierwsze, młodość powinna reagować alergicznie na hipokryzję i drobnomieszczaństwo. Po drugie, wydarzenia ze Stoczni Gdańskiej jeszcze w tym samym roku pokazały, że problem z komuną nie polegał wyłącznie na czerstwych metaforach, ale na wciąż sprawnym aparacie państwowej przemocy. Jestem wszakże pewien, że sposób życia polegający na zbieraniu widokówek oraz zainteresowaniu "muzyką, malarstwem, filatelistyką, sportem i poezją" należy w trybie pilnym poddać społecznej rehabilitacji. Żadnej ironii! Po drugiej stronie barykady czeka już triathlon w weekend i droga psychoterapia. "Dziewczyna w telewizorze narzeka na swoje życie" – pisze w jednym ze swoich transformacyjnych wierszy (datowanym na "91.12.28") Jacek Podsiadło. "»Jest takie szare«, mówi. I niechętnie wymienia / wszystkie te wspaniałości: lekcje, obiad w stołówce, / popołudnie z rodziną, spacer z psem, czasem kino".