Zbigniew Herbert
"Rozważania o problemie narodu"
Z faktu używania tych samych przekleństw
i podobnych zaklęć miłosnych
wyciąga się zbyt śmiałe wnioski
także wspólna lektura szkolna
nie powinna stanowić przesłanki wystarczającej
aby zabić
podobnie ma się sprawa z ziemią
(wierzby piaszczysta droga łan pszenicy niebo plus pierzaste obłoki)
chciałbym nareszcie wiedzieć
gdzie kończy się wmówienie
a zaczyna związek realny
czy wskutek przeżyć historycznych
nie staliśmy się psychicznie skrzywieni
i na wypadki reagujemy teraz z prawidłowością histeryków
czy wciąż jesteśmy barbarzyńskim plemieniem
wśród sztucznych jezior i puszcz elektrycznych
prawdę mówiąc nie wiem
stwierdzam tylko
istnienie tego związku
objawia się on w bladości
w nagłym czerwienieniu
w ryku i wyrzucaniu rąk
i wiem że może zaprowadzić
do pośpiesznie wykopanego dołu
więc na koniec w formie testamentu
żeby wiadome było:
buntowałem się
ale sądzę że ten okrwawiony węzeł
powinien być ostatnim jaki
wyzwalający się
potarga
(Zbigniew Herbert, "Studium przedmiotu", Warszawa 1957)
Krwawy gałganek łączący nas z ziemią ojczystą – zdaję sobie oczywiście sprawę, że Herbert pisze o mającym znacznie więcej militarnych zastosowań węźle – to nie tylko cmentarze wojskowe i ordery dziadka, lecz także podwórka, sałatki warzywne, bajki czytane dzieciom na dobranoc, jesienne mgły, kolorowe światełka na grobach, powietrze pachnące zimą podczas pierwszych przymrozków w październiku. "Najbielszy nawet transatlantyk, / gdy ruszał w tropikalny rejs, / brał nas nasiąkłych wonią tamtych / grudniowo zadymionych miejsc" (Stanisław Barańczak, "Podróż zimowa").
Wniosek z "Rozważań nad problemem narodu" jest zatem jeden: odrzucając Polskę, dopuścilibyśmy się kardynalnego kłamstwa, czegoś, co w żargonie filozoficznym należałoby określić mianem zdrady (pardon my French) ontologicznej. Emigracja bez poczucia braku to kompetencja ludzi pozbawionych duszy. Język, kultura i geografia – te same przekleństwa, wspólna lektura szkolna i pierzaste obłoki – nie powinny kończyć się salutami rzymskimi na wiecach. Co nie zmienia faktu, że rodzimych woni i smaków nie można w sobie bezkarnie unieważnić. Tkwią one głębiej niż cała socjologia. Theodor Adorno, niemiecki filozof żydowskiego pochodzenia, zapytany, dlaczego wrócił do kraju po 1945 roku, odpowiedział: "Chciałem po prostu powrócić do scenerii mojego dzieciństwa, ostatecznie z uczuciem, że to, co możemy osiągnąć w życiu, niewiele różni się od próby ponownego uchwycenia naszego dzieciństwa w innej formie". W "Scenach z życia wiejskiego" Amosa Oza można przeczytać podobne zdanie: "W każdym człowieku (…) kryje się zawsze dziecko, którym kiedyś był. U jednych widać, że ciągle jest żywe, inni noszą w sobie martwe". Krwawy gałganek to w naszym życiu niemal wszystko.
Tyle że Herbert nie napisał wiersza o świętości, lecz o problemie narodu. Przez trzy strofy ironizuje w nim o plemionach epoki puszcz elektrycznych, aby w czwartej uznać, wzorem Churchilla, że przy wszystkich swoich wadach okazały się one póki co szczytem naszych możliwości. Naród jest jedną z gorszych form społecznych, jakie można sobie wyobrazić, lepszej jednak do tej pory nie mieliśmy. Jest w tym cała ironia naszego położenia: gdybym urodził się kilkaset kilometrów na zachód, byłbym Niemcem, ale ponieważ stało się inaczej, w postawie wielkich patriotów z polskiej przeszłości nie mogę już z czystym sumieniem widzieć zachowania mężczyzn, którzy tęsknią do wojen, lecz coś, czego w analogicznych okolicznościach powinienem oczekiwać również od siebie (podejrzewam zresztą, że wiele osób, które "mają swoje wątpliwości" w odniesieniu do generała Bema lub bohaterów "Kamieni na szaniec", wzrusza się dzisiaj, patrząc na obrońców Azowstalu). Oczywista przypadkowość nie usuwa powagi czy wręcz świętości niektórych naszych zobowiązań – w miejsce narodu można tu równie dobrze wstawić małżeństwo lub charakter własnych dzieci. Człowiek to istota, która ze statystycznego przypadku (spotkanie na imprezie w akademiku) potrafi stworzyć sakrament ("zlot fantastyczny naszych dwu planet"). Do faktów wystarczy dorzucić trochę poezji albo mitu.
Kłopot z narodem zaczyna się w momencie, gdy zaczynamy z góry wymagać czegoś, co, jak u Herberta, powinno pojawić się na końcu, po wyczerpaniu innych możliwości. Pewnych spraw nie warto wywoływać zbyt wcześnie. Przesłanką niektórych naszych decyzji (odłączenie członka najbliższej rodziny od aparatury podtrzymującej życie, wypowiedzenie wojny) musi być rozpacz. Te same decyzje w postaci odgórnych, obowiązujących wszystkich norm (taki czy inny kodeks bioetyczny, zasady wojny sprawiedliwej) są nadgorliwością, wywoływaniem wilka z lasu, niewybaczalnym brakiem delikatności. Niewykluczone zresztą, że w pewnych okolicznościach nie wystarczy powstrzymać się od sądu, czekając, aż życie podpowie nam właściwe rozwiązanie, lecz należy "w międzyczasie" czynnie zwalczać coś, co ostatecznie musimy być gotowi przyjąć! Albert Camus pisał w jednym ze swoich esejów: "Nigdy nie przekonywałem do całkowitego wyrzeczenia się przemocy (…) Nie sądzę, żebyśmy na ciosy powinni odpowiadać błogosławieństwami. Uważam, że przemoc jest nieunikniona, a lata [hitlerowskiej] okupacji przekonały mnie o tym (…). Nie twierdzę, że powinno się stłumić wszelką przemoc, co wprawdzie byłoby pożądane, lecz w rzeczywistości jest utopią. Powiadam tylko, że musimy odrzucać wszelkie uprawomocnienie przemocy, czy to ze strony absolutnej raison d’état, czy totalitarystycznej filozofii. Przemoc jest równocześnie nieunikniona i nieuzasadniona". Słowem: istnieją sytuacje, gdy kategoryczne sprzeciwianie się przemocy, na którą następnie wyrażamy zgodę, to nie sprzeczność, sprzedane ideały i kolaboracja, lecz dwa momenty tego samego stanowiska.
Kto zatem twierdzi, że prawdziwymi obrońcami ludzkości nie są marzyciele śniący o świecie, w którym dobro zawsze prowadzi do dobra, lecz twardzi realiści, którzy wiedzą, że czasami najlepszym sposobem na faceta z czołgiem jest facet z jeszcze większym czołgiem, a dobro bywa konsekwencją skalkulowanej przemocy, ten zapewne ma rację. Istnieje jednak zasadnicza różnica między człowiekiem, który domaga się większego czołgu, ponieważ od początku dostrzegał, proszę pana, te realia (naprawdę twardym realistą nie jest ktoś, kto wymawiając w tym zwrocie słowo "twardy", nie odczuwa żadnej przyjemności), a kimś, kto zrobił wiele, aby rzeczywistość zmienić, lecz ostatecznie musiał uznać swoją porażkę. Buntowałem się!
Na tej samej zasadzie, jeśli zrezygnowany, po wypróbowaniu różnych scenariuszy, dochodzę do wniosku, że w polityce pandemicznej nie można chronić najsłabszych bez względu na koszty i że trzeba w niej brać pod uwagę ekonomiczny rachunek zysków i strat, ponieważ każdy ujemny punkt procentowy PKB przekłada się na miliony drobnych cierpień – bezrobocie, strach, frustrację, przemoc domową, zamknięte biznesy – co per saldo może spowodować więcej zła niż w przypadku próby uzyskania populacyjnej odporności, jestem kimś zupełnie innym niż ktoś, kto już w pierwszych tygodniach pandemii przekonywał, że śmierć części naszych bliskich jest nieunikniona, aby reszta mogła dalej cieszyć się "korzyściami wynikającymi z wysokiego wzrostu". Przemoc wojny, pushbacków czy pandemicznej Realpolitik jest zawsze nieuzasadniona – nigdy nie wolno twierdzić, że jest ona czymś dobrym – lecz bywa konieczna.
Nie mam rzecz jasna złudzeń. W świecie, w którym kontrowersje podbijają posty, zasadniczą cnotą tweetów jest to, że są one mocne, a wspierany przez uniwersytety ideał wiedzy stanowią komendy, które można przekazać maszynom, tego rodzaju subtelności obchodzą jedynie garstkę. Maszynie nie można powiedzieć – a właściwie można, lecz nie ma to większego sensu – "Czas jest krótki. Dlatego idź, jakbyś wcale tego nie chciała. Idź przekornie". Jako cywilizacja, od dwustu lat powtarzamy za Goethem, że na początku był czyn (a nie jakaś tam anemiczna myśl czy słowo). Żyjemy pośród rzeczowników i czasowników: obiektów i manipulacji obiektami. Przymiotniki są w odwrocie. Tyle że wartości to nie komentarze w internecie. Mądrość godna swego miana – taka, która czyni nasze życie znośnym – często tkwi raczej w przymiotnikach niż w sloganach, manifestach czy partyjnych deklaracjach. Późną mądrością Leszka Kołakowskiego jest socjalizm konserwatywno-liberalny, a nie bezprzymiotnikowy. Podobnie u Herberta: na początku "Rozważań o problemie narodu" jest lewicowo-liberalnym ironistą przekonującym, że z faktu używania jednakowych przekleństw wyciąga się zbyt śmiałe wnioski, aby pod koniec stać się konserwatywnym apologetą miłości do ojczyzny. Lekcją jego wiersza nie jest ani A, ani B, lecz synteza, człowiek zbuntowany i rozdarty: przeczuwający, że jego przeznaczeniem jest nieskończoność – "nasza bowiem ojczyna jest w niebie" – a tym samym świadomy, że wszystkie życiowe zobowiązania, które musimy w pewnym momencie wziąć na siebie, stanowią jedynie tymczasowy i bardzo niedoskonały kompromis.