„Kole-ba-ny, kole-ba-ny. Krok, krok, krok. Param-pam-pam, zatrzymanie! Panowie mają patrzeć nad ramieniem pań!”.
Kobiety w haftowanych gorsetach, kwiecistych spódnicach i bluzkach z bufiastymi rękawkami dzielą się na dwie grupki, niektóre będą dziś odgrywać rolę panów. Wszystkie oczy zwrócone są na nogi instruktora, usta bezgłośnie powtarzają, odliczając razem z nim: „Krok, krok, krok, hołubiec, hołubiec”.
Piękna scena filmowego dokumentu, w której uderza nie tylko niezwykłość sytuacji – starsze Japonki w polskich strojach ludowych tańczą kujawiaka – lecz także urok samego tańca. Wznoszenie i opadanie. Energiczne wyrzucenie ramienia w górę, lekkie uniesienie podbródka. Przytup! Japoński nauczyciel tańca odczytuje tytuł z okładki płyty: Kujawiaczek nieboraczek.
W latach 60. w Japonii, na fali powrotu do narodowych tradycji, powróciła także popularność tańców ludowych. Młodzi uczyli się tradycyjnego bon-odori, rytualnego tańca „dla zmarłych” wykonywanych w kręgu albo w rzędach podczas uroczystych obchodów japońskiego święta zmarłych.
Dwudziestoparoletni Yoshiaki Oka, podobnie jak jego znajomi, tańczył w lokalnym zespole. Zajęcia były dla niego trochę hobby, a trochę odskocznią od codziennych obowiązków – po szkole średniej zaczął pracę w zakładzie wodociągów w Fukuyamie.
Kiedy przyjechał do Europy na światowe zawody tańców ludowych, po raz pierwszy zobaczył coś zupełnie odmiennego od tego, co ćwiczył w swoim zespole. Tradycyjne tańce z Polski, Czech czy Węgier zrobiły na nim ogromne wrażenie: „nie wiedziałem, że takie tańce istnieją, jakbym dostał obuchem w głowę!” – mówi w filmie dokumentalnym Dagmary Furgał Japoński kujawiak. Podczas kolejnego wyjazdu w jednej z polskich wiosek nagrał ludowe występy. Już po powrocie do Japonii z tamtej amatorskiej kasety uczył się pierwszych kroków poloneza czy kujawiaka.
A potem w mieście Tomonoura niedaleko Fukuyamy założył własne Stowarzyszenie Tańca Ludowego.