Wcześnie zaczęła pani wykorzystywać właściwości różnych materiałów, nie tylko wełny, lecz także sizalu, bardzo później popularnego.
Zaczęłam używać sizalu, bo nie miałam ani wełny, ani pieniędzy. Bywa, że dopiero kiedy nie ma środków, mózg pracuje naprawdę intensywnie. Gdyby wszystko szło gładko i wszystkiego miałabym pod dostatkiem, nie musiałabym kombinować. Tymczasem kombinuję całe życie. Pierwszeństwo w wykorzystaniu sizalu próbowało sobie przypisać kilka osób, ale faktycznie zaczęłam go używać pierwsza. Mam na to nawet papiery – profesor Plutyńska potwierdziła to w reakcji na spory. Później przyszły jeszcze inne materiały, między innymi aplikacje metalowe i ceramiczne.
Jednocześnie pozostała pani przy tkaninie formowanej niekiedy w nietypowe kształty, grającej fakturą, ale nadal zawieszonej płasko, bez wychodzenia w przestrzeń, w stronę „miękkiej rzeźby”, jak choćby wspomniana Abakanowicz.
Robiłam też małe formy przestrzenne z tkaniny, ale raczej dla zabawy, jako prezenty. Czasem włókna wyłaziły z tkaniny figuralnej, na przykład jako kosmyki bujnej brody. Ale wychodzenie w przestrzeń nie było moim celem, nie miałam takiej potrzeby. Robiłam swoje, szczególnie, że zaczęło się to cieszyć powodzeniem. Kolekcjoner J. L. Hurschler, prowadzący galerię w Pasadenie, przez dwadzieścia lat regularnie kupował moje tkaniny, zapewniając mi fundusze na pracę i podróże. Dzięki temu zwiedziłam cały świat. Kiedy tylko przychodziły pieniądze, mój mąż leciał do Orbisu, wszystko wydaliśmy na podróże zagraniczne. Zdarzały się nam różne przygody. W latach 60. razem z mężem dostaliśmy zaproszenie, by odwiedzić Hurschlera w Kalifornii. Musiałam wziąć ze sobą kilka tkanin. Nie miałam jak ich przewieźć, a że leciałam z małą walizeczką, wsadziłam je złożone na płasko do plastikowej torby, w jakiej woziło się garnitury. Amerykański celnik spojrzał na biedną przybyszkę z Polski Ludowej, pogrzebał chwilę w walizce, zobaczył jakieś tanie ręczniki i parę ubrań, po czym machnął ręką. Nie zainteresował się tym workiem na garnitur i tym sposobem de facto przemyciłam do USA kilka prac.
Niektóre pani dzieła dałoby się bez podejrzeń zapakować w worki na garnitury, bo szyła pani też ubrania z samodziału.
To też był efekt konieczności. Moi dziadkowie z obu stron po wojnie stracili wszystko. Czasem dostawaliśmy paczki z Anglii, niekiedy przez znajomych. Ale kiedy chciałam mieć na przykład spódnicę, to musiałam ją sobie uszyć, bo takich ubrań, jakie chciałam, nie było w sklepach i na targach. Kupiłam sobie mały warsztacik i szyłam w domu. Obok gobelinów powstawały więc zasłony czy rzeczy dla bliskich, ubrania, czapki, torba dla córki, kiedy szła na studia.
Krótko po wojnie, żeby zarobić, razem z przyjaciółką wynajęłam piwnicę na Żoliborzu. Z jednej spółdzielni pozyskiwałyśmy ogromne bele bawełnianego materiału, które potem całymi dniami malowałyśmy i sprzedawałyśmy jako zasłony. Robiłyśmy na nich między innymi stemple przy użyciu marchewki i kartofla. Trzeba było z czegoś żyć. Sprzedawało się też tkaniny przez Cepelię. Należało oddać projekt, który akceptowała cepeliowska komisja. Zaniosłam tam swój pierwszy gobelin. Był bardzo wąski, ale długi, miał chyba ze dwa metry i nosił tytuł Przystanek. Był na nim przystanek tramwajowy, a za nim do samego końca ciągnęły się postacie czekających pasażerów, różne śmieszne figurki ludzkie o charakterystycznych twarzach. Komisja, w której zasiadały również moje koleżanki z akademii, go odrzuciła. Nie było możliwości sprzedania go nigdzie indziej, wzięłam więc gobelin pod pachę i zrozpaczona, na krawędzi płaczu, pobiegłam po radę do profesor Plutyńskiej. Ta zabrała mnie do Desy na Nowym Świecie. Wkroczyła tam z bardzo poważną miną mówiąc, że chce oddać na sprzedaż tkaninę. Jej nie mogli odmówić. Poszłam tam parę dni później zobaczyć, czy już ją powiesili. Okazało się, że sprzedali ją od ręki jakimś Francuzom.