Tak jak architekci projektując widowiskowe bryły kościołów, starali się komunikować ich znaczenie oraz opór wobec ustroju, decyzjami zezwalającymi na budowanie świątyń czy to w miastach, czy na wsiach władza starała się "manipulować" nastrojami społecznymi. Tym bardziej że wznoszenie nawet niewielkiego kościoła było zwykle bardzo angażujące dla parafian. Już sama zbiórka funduszy była dużym wyzwaniem – parafia nie mogła liczyć przecież na żadną państwową pomoc. Nie mniejszym wysiłkiem było pozyskanie materiałów czy maszyn budowlanych. Większość budynków sakralnych powstawała przy czynnym udziale parafian – nierzadko po prostu ich rękami.
Kościoła pw. Jezusa Chrystusa Odkupiciela w Czechowicach-Dziedzicach, fot. Proj: Stanislaw Niemczyk , 1998, fot. Wojciech Kryński/Forum
Stanisław Niemczyk, wyjątkowa postać na firmamencie polskiej architektury, wiele razy wspominał wielką wartość płynącą z tej wspólnej pracy z parafianami (nie każdy architekt uczestniczył w budowie zaprojektowanego przez siebie kościoła, Niemczyk robił to zawsze) – ten wspólny trud uważał za integrujący społeczność, a podczas pracy architekt miał okazję rozmawiać z późniejszymi użytkownikami budowli, tłumaczyć im zawartą w bryle symbolikę, omawiać znaczenie architektury. Jeszcze bardziej lokalną społeczność integrowała budowa kościoła, gdy… była nielegalna. I takich przykładów w powojennych dziejach można znaleźć sporo, kiedy to parafianie nie doczekawszy się oficjalnego pozwolenia podstępem wznosili obiekt sakralny. Dotyczyło to, rzecz jasna, głównie niewielkiej skali budynków na wsiach. W jednej z nich w legalnie istniejącym drewnianym budynku świetlicy wewnątrz rozpoczęto budowanie niewielkiego kościoła, który został po tym, gdy świetlicę rozebrano. W innej miejscowości pole obsiano kukurydzą, pod osłoną której prowadzono budowę. Kościół pw. św. Maksymiliana Kolbego w Ciścu niedaleko Żywca powszechnie nazywa się "kościołem jednego dnia i jednej nocy", bo tyle potrzebowała lokalna społeczność, aby zbudować dla siebie miejsce modlitw.