Myśli pani czasem o przyszłości swoich przedmiotów?
Wymyślam różne rzeczy na bieżąco – na przykład ostatnio pomyślałam sobie, że wspaniale byłoby jeszcze za życia zbudować sobie trudny do sforsowania bunkier i kazać w nim pochować siebie ze wszystkimi rzeczami. Z pełną świadomością tego, że prędzej czy później i tak ktoś do niego się włamie – ale to byłaby taka wariacka próba wyjścia naprzeciw tym wszystkim marzeniom kolekcjonerów, którzy chcieliby być pochowani ze swoją kolekcją. Albo miewam myśli, żeby to wszystko wrzucić z powrotem do ziemi – oddać jej to, co wcześniej zabrałam. Czemu nie? Czasem myślę też na przykład o formie potlaczu – performansie, w którym rozdałabym wszystkie zgromadzone rzeczy. Możliwości jest naprawdę bardzo wiele. Ale myślę, że w gruncie rzeczy to nie ma większego znaczenia, bo i tak nie będę już wiedzieć, co się dalej z tymi moimi przedmiotami stało. Więc niech się dzieje, co chce – tak jak od wieków się dzieje z rzeczami. Coś przetrwa, coś nie przetrwa, a coś ktoś weźmie spod śmietnika.
A gdyby miała pani wybrać się na kolekcjonerskie łowy do konkretnego momentu w historii, to co by pani wybrała?
Och, to klasyczne pytanie z gatunku marzeń kolekcjonerskich: wszyscy lubią fantazjować o maszynie do podróży w czasie. Ja chyba najbardziej chciałabym mieć te rzeczy, które mi się śnią. A śnią mi się rzeczy niestworzone. Te sny kolekcjonerskie są zawsze bardzo realistyczne i synestetyczne. Wiem zresztą, że nie tylko ja tak mam, inni zbieracze też śnią o rzeczach.
O jakich rzeczach śniła pani?
Kilka z nich opisałam w przedostatnim rozdzialiku książki – nie zmyśliłam tego, tylko opowiedziałam o rzeczywistym śnie. Tam były rzeczy wspaniałe. Na przykład, okulary dla cyklopa z tylko jednym okularem na środku. Albo przepiękne futerały, które za każdym razem, gdy na nie patrzyłam, wyglądały zupełnie inaczej. Wszystkie były wykonane z pięknych plastików, najdawniejszych tworzyw sztucznych.
Dziś już jestem na etapie, w którym niczego więcej nie chcę i nie potrzebuję. Cieszy mnie to, co mam – a czasem nawet i to przestaje mnie cieszyć. Moja książka opowiada o momencie zakochiwania się w rzeczach, jest dziennikiem pasji czy traktatem miłosnym do materii, ale pisałam ją z perspektywy osoby, która jest już raczej tą materią zmęczona – stara się to wszystko uporządkować, a w praktyce regularnie beszta samą siebie, mówiąc: „po co mi to wszystko!”.
Wiadomo, czasem skuszę się na coś, ale już bez namiętności. Większą przyjemność czerpię teraz choćby z wycieczek do lasu.
Tam też można znaleźć ciekawe obiekty – na przykład szyszki czy korzenie o intrygujących kształtach.
Po napisaniu tej książki miałam nawet myśl, że od teraz będę już zbierać tylko naturalia – ciekawe kamienie, wysuszony pancerz owada. Ale nawet tego mi się odechciało. Rozpoczęłam chyba nowy etap w życiu. Nie wiem, czy jeszcze wrócę do dawnego mojego szalonego pędu poszukiwawczego. To jest jak choroba z etapami leczenia – nieuleczalna, ale z momentami przebłysków racjonalizmu.
Ostatnie pytanie z kategorii „gdyby". Gdyby musiała Pani zostawić jakiś jeden przedmiot ze swojego zbioru, to co by to było?
Zadawano mi to pytanie już wcześniej i za każdym razem odpowiadałam zupełnie inaczej, w zależności od humoru danego dnia. Nie mam tak zwanej ulubionej rzeczy, bo skoro je mam, to siłą rzeczy lubię je wszystkie. Zawsze jednak, odpowiadając, wybieram jakiś drobny przedmiot – w kontrze do moich wyobrażeń o tym, co ludzie chcieliby najprawdopodobniej zachować w takiej sytuacji. Jeśli wyobrazimy sobie, że ma nastąpić jakiś kataklizm czy dziwny koniec świata i każdy człowiek musiałby zachować jakąś jedną rzecz, to myślę, że w większości przypadków byłyby to rzeczy pamiątkowe i nacechowane emocjonalnie, związane z własną tożsamością czy pamięcią o przodkach: zdjęcia, dzieła sztuki, biżuteria czy inne pamiątki rodzinne, dokumenty, przedmioty z dzieciństwa.
Fotografia z książki „Patrz pod nogi”, fot. Przemek Dębowski / Karakter
A ja wybrałabym pewnie pierwszą z brzegu rzecz, która rzuciłaby mi się w oczy. Na przykład, nic nie wartą plastikową broszkę. Bo pomyślałabym sobie, że w tej całej masie wybranych przez ludzi pojedynczych przedmiotów pewnie najmniej byłoby takich, które – w potocznym mniemaniu – nie mają żadnej wartości. I być może ta moja jedna tania broszka z celuloidu wyprodukowana w latach 40. XX wieku w formie głupkowatego pieska, byłaby tą jedyną i ostatnią, która by się zachowała.
W takich dystopijnych okolicznościach moja broszka mogłaby się stać czymś w rodzaju relikwii, ważnym artefaktem. Mogłaby być pokazywana w muzeach czy na objazdowych wystawach jednego przedmiotu z przeszłości. Stałaby się unikatem – niegdyś zupełnie niedoceniana, a teraz jedyna w swoim rodzaju. Czymś, co ludzie mogliby wielbić, rysować sobie albo nosić jej kopie wpięte w klapę.
To bardzo piękne, że na takiej przysłowiowej arce, na którą każdy mógłby zabrać jeden przedmiot, zatroszczyłaby się pani o – jak to nazywa w książce – gównidło.
Tak, zdecydowanie byłoby to jakieś gównidło!
Kora Tea Kowalska – archeolożka i kulturoznawczyni, wykładowczyni akademicka, pisarka. Zajmuje się teorią i praktyką kolekcjonerstwa, historią kultury materialnej, wzornictwa oraz popkultury. Kolekcjonerka rzeczy wyrzuconych i nieoczywistych, z których tworzy instalacje i wystawy. Zajmuje się ekspertyzą antyków w programie telewizyjnym, a w sieci publikuje jako @odrzeczysklad. W 2024 roku wydała książkę Patrz pod nogi. O zbieraniu rzeczy w Wydawnictwie Karakter, nominowaną do Literackiej Nagrody Nike i Nagrody Literackiej Gdynia. Laureatka Pomorskiej Nagrody Literackiej „Wiatr od Morza”. Mieszka w Gdańsku, najbardziej lubi las i psy.