W drodze towarzyszy Piotrowi Nowakowi Thomas Bernhard (powtarzam: kilku innych też się na tej drodze zjawia). A co to za droga? Znikąd donikąd, czyli od początku do kresu, który jest początkiem, czyli – jakby powiedział Pascal Quignard, największy z żyjących pisarzy francuskich – droga od nocy seksualnej do bladego świtu śmierci i z powrotem. Brzmi to okropnie srogo, ale rzecz cała w tym, że Piotr Nowak, w kolejnych ustawianiach luster przed Bernhardem i przed sobą samym, w podnoszeniach i opuszczaniach zasłon, zachowuje się niczym Molier ustawiający lustra i zasłony w swoim "Mizantropie" ,co sprawia, że rzecz staje się wesoła, choć ogromnie przez to smutna.
Dobry z Piotra Nowaka reżyser i niezgorszy aktor, zbyt skromny nawet, gdy pisze: "Zachowujemy się jak aktorzy – gramy dobrze lub źle, ale gramy. Zresztą częściej gramy źle, ponieważ staramy się skupić czyjąś uwagę na naszych emocjach, rozterkach, na bólu. Prawie zawsze gramy o jeden »werszek« wyżej, niż nam to przeznaczone. Dobry aktor tego nie robi, wygrywa problem, nie siebie. Czy może lepiej powiedzieć: wygrywa i problem, i siebie. Jest przy tym jak dawniejsza służba – bezszelestny, niezauważalny. Nigdy też nie wychodzi ze swojej roli ani nie stara się tego robić".
Piotr Nowak w "Szkicowniku mizantropa" wygrywa "problem, nie siebie". I dlatego jego książka jest tak ważna i ciekawa. Czytelnika "Szkicownika" nie musi zachwycać twórczość Thomasa Bernharda (mnie zachwyca średnio), podobnie jak nie musi go zachwycać improwizacja Konrada w wykonaniu Gustawa Holoubka, ani nie muszą go bawić popluwania Artura Schopenhauera.
Problem prosty: dlaczego mamusia i tatuś zrobili nas bez naszej zgody i czy przynajmniej, jak nas robili, to im było przyjemnie, bo nam jest potem raczej nieprzyjemnie i korci nas do zemsty, żeby jeszcze samemu dalej kogoś zrobić, żeby i nowemu było nieprzyjemnie, ale co z tym zrobić, skoro się już jest, a jak się jest, to może być chwilami przyjemnie, a nawet do rzeczy, aż w końcu się ułoży jakiś wiersz o tym kołowaniu, krążeniu, chodzeniu, o tej scenie z zasłonami, kurtynami, lustrami i drzazgami, wiersz na przykład taki, który się ułożył Rilkemu pod koniec jego chodzenia po drzazgach. Na polski wiersz Rilkego przełożył niezręcznie Hulewicz, ale może lepiej nie można: "O Panie, własną śmierć każdemu daj, daj umieranie, które z życia płynie, gdzie miał swą miłość, swój ból i swój raj".
Piotrowi Nowakowi ułożył się nie wiersz, a szkicownik – scenopis, bym raczej powiedział. I bardzo dobrze. Rozdział o Bernhardzie i Becketcie kończy się spostrzeżeniem, że "na obydwu mocno oddziaływała estetyka Schopenhauera (świat jako przedstawienie) oraz jego filozofia pesymizmu i mizantropii. Wraz z nim usiłowali rozwikłać paradoks, który po raz pierwszy sformułował właśnie niemiecki mizantrop: skoro ludzie nie potrafią żyć razem, dlaczego nie umieją ani nie chcą obejść się bez siebie? Dlaczego tak maniakalnie poszukują w życiu sensu, celu, uzasadnienia dla niego, zamiast się powiesić?"
I stąd okładka. Teatralna. Wyciemniona. Czaszka i odstające uszy. Oczywiście pomyślałem, że to Urban i spytałem Piotra: dlaczego? Okazało się, że to nie Urban, ale Beksiński w apogeum twórczości. Potem pomyślałem, sobie, że ani Urban, ani Beksiński, tylko ja przed pięciu laty w Warszawie. Mizantropia prawdziwie wiąże się ze śmiałością wyobraźni.