"Przyszli, żeby zobaczyć poetę…."
Na spotkanie z irlandzkimi poetą Seamusem Heaneyem do Teatru Polskiego w listopadzie 2000 roku przyszło ponad 1500 widzów. Ci, którzy nie zmieścili się na widowni, oglądali poetę na ekranach telewizorów we foyer.
W rozmowie z Heaneyem uczestniczyli między innymi tłumacze jego wierszy, Piotr Sommer i Jerzy Jarniewicz, a także poeci, dramaturdzy i ambasadorowie RP – Ernest Bryll i Jerzy S. Sito.
Heaney mówił o poezji jak o kimś najbliższym, zwykłym, kimś, z kim żyje się na co dzień. Czytał swoje wiersze. Prosił, by przeczytać utwory Zbigniewa Herberta – "Hiporborejczyka", jak go nazwał w swoim wierszu poświęconym "jednemu z mieszkańców krainy północniejszej nawet niż wiatr" (w przekładzie Stanisława Barańczaka).
Pamiętam pasję, z jaką Heaney mówił o swoim odkryciu polskiej poezji. O fascynacji wierszami Herberta i Miłosza. A przede wszystkim o Janie Kochanowskim.
"Treny" "opowiedział" mu kolega z Harvardu, Stanisław Barańczak. Zafascynowany cyklem Heaney wraz z Barańczakiem dokonał w 1994 roku jego przekładu.
Dzięki pełnemu tłumaczeniu "Trenów" na angielski, dokonanemu przez wybitnych poetów, Kochanowski znalazł wreszcie ważne miejsce w kanonie światowej literatury.
Heaney wierzył, że jeśli poezja ma być czymś żywym i ważnym, musi się spotykać z poezją innych języków. Stąd w jego drodze twórczej przekłady i parafrazy z Ajschylosa, Sofoklesa, Wergiliusza, Dantego, tłumaczenie staroangielskiego "Beowulfa" i wielu współczesnych poetów hiszpańskich, rosyjskich, włoskich, rumuńskich.
"Treny" Heaney uważał za doskonałe i skończone arcydzieło. Za Owidiuszem można byłoby powiedzieć, że to utwór w którym materiam superabat opus – "dzieło, które pokonało materię", "robota, która poddała sobie materię" (w tłumaczeniu Wiesława Juszczaka).
Przekład Seamusa Heaneya inspirowany i współprowadzony przez Stanisława Barańczaka zachowuje wersyfikację oryginału, włącznie z rytmem i rymami. Jest płynny jak muzyka. Zachowuje to, co u Jana z Czarnolasu zdaje się brzmieć jak płacz, szloch, łkanie.
Jest tu i księga Hioba, i Orfeusz, i Niobe, i król Dawid. Jest rozpacz, zwątpienie w stoicyzm, nadzieja, próba zrozumienia wyroków Boga i człowieczego losu: "a ludzkie przygody / Ludzkie noś… " ("Bear humanly the human lot").
W wykładzie noblowskim irlandzki poeta mówił: "(w swoich wierszach) dążę do napięcia, szukając wytchnienia w stabilności, jaką daje satysfakcjonujący muzycznie porządek dźwięków".
"Laments" Heaneya i Barańczaka są pokonywaniem materii przez pobudzanie jej do nowego życia.
Czy "Laments" są wierne "Trenom"? Jeśli za wierność uznać nakaz ocalania pierwotnej siły oryginału, to Heaney oddaje całe bogactwo i złożoność dzieła Kochanowskiego.
W swoim pierwszym znaczeniu łacińskie słowo translator to ten, który coś przemieszcza z jednego miejsca na drugie. Ale istnieje też inne określenie tłumacza. Jest nim interpres. To nie tylko ten, który wyjaśnia coś w obcym języku, ale który rozpoznaje, świadczy, rozumie, jest rzecznikiem, odsłania ukryte sensy zjawisk, a nawet wieszczy i prorokuje.
Seamus Heaney wyznał, że jako tłumacz ale i jako poeta sięga do dawnych dzieł.
W werdykcie noblowskim napisano, że wiersze Irlandczyka "sławią cuda dnia powszedniego i żywą przeszłość".
W Teatrze Polskim Heaney powiedział z wielka prostotą i skromnością, że dawna poezja jest dla niego żywym źródłem jego własnej roboty.
Tak, roboty… Heaney opowiadał, że jego dziadek był wędrownym krawcem. Ta ważna w biednej Irlandii profesja polegała na wędrowaniu od wsi do wsi i nicowaniu używanych ubrań. Wędrowny krawiec przerabiał stare płaszcze na marynarki, marynarki na kamizelki, pruł szwy, przewracał tkaninę na druga stronę i zszywał ją na nowo. "Jako poeta nie różnię się bardzo od mojego dziadka. Jestem wędrownym krawcem. Nicuję dawne okrycia, królewskie płaszcze, sutanny, szaty, panieńskie sukienki, niedzielne marynarki i szkolne mundurki. Pobudzam materię do nowego życia".
Postaci wędrownego krawca poświęcił jeden z wierszy: