Autorem kolejnych trzech zdjęć jest Paolo Pellegrin, rzymski fotoreporter, od lat członek agencji Magnum, laureat 11 nagród World Press Photo.
Na pierwszej fotografii starsze małżeństwo w Konstantynówce (obwód doniecki), wyprzedaje swój dobytek: na obrusach albo tekturze znajdują się dzbanki, pojemniki, jakieś pudełko, może z puzzlami? Nic wartościowego. Chociaż to pewnie i tak nie ma znaczenia: poza tą zmarzniętą dwójką na zdjęciu nie ma żadnego innego człowieka.
Druga z fotografii jest nasycona emocjami. Nachyleni do siebie kobieta i mężczyzna. Ona obejmuje jego głowę, on sięga dłońmi po jej drugą rękę. Liryczna, cicha scena – która mogłaby budzić wyłącznie wzruszenie, gdyby nie podpis, mówiący o tym, że mężczyzna jest żołnierzem i że para znajduje się w tajnej lokalizacji w obwodzie charkowskim.
Wreszcie trzecie zdjęcie Pellegrina – klęcząca kobieta w czarnym stroju, rzucająca kwiaty na drogę. To zwyczaj obecny od początku wojny w wielu wsiach i miasteczkach Ukrainy: kiedy do rodzinnej miejscowości wjeżdża kondukt pogrzebowy z poległym żołnierzem, mieszkańcy i mieszkanki witają go właśnie tak.
Tytuł wystawy nawiązuje do pochodzącego jeszcze z czasów zimnej wojny określenia collateral damage oznaczającego w międzynarodowym prawie konfliktów zbrojnych straty cywilne (odnoszące się zarówno do obiektów materialnych, jak i do ludzi) powstałe przypadkowo w wyniku działań wojennych. Kuratorki ekspozycji przekonują, że zniszczone miasta, straumatyzowane dzieci, bieda, która spada na mieszkańców, nie są żadnymi „niezamierzonymi stratami”, ale właśnie jak najbardziej zamierzonymi. Współkuratorka, Irene Lombardo z Magnum Photos, podkreśla, że zdjęcia dokumentujące codzienność „obalają tezę, że losy cywilów są tematem ubocznym. Pokazują nam, że to, co często określa się jako niezamierzone, stanowi serce tematu, o którym nie mamy prawa nigdy zapomnieć”.
Na wystawie znajdują się też fotografie polskiego fotoreportera, Rafała Milacha. To właśnie on jest autorem tamtych wstrząsających portretów młodych kobiet, które na własnych twarzach demonstrowały poparcie dla azowców. Na mnie jednak największe wrażenie robi inne jego zdjęcie: kolorowy kąt w schronie, plastikowy osiołek, czerwona piankowa mata, sznurowa drabinka. Miejsce, w którym podczas nalotów mogą bawić się dzieci. Cieszę się, że nie ma ich na zdjęciu – i że nie muszę na nie w tej chwili patrzeć.
***
Dzieci znajdują się za to na trzech ostatnich fotografiach Strat… – starszych i pochodzących już nie z Ukrainy, ale z krajów dawnej Jugosławii. Na jednym z ujęć Abbasa, irańsko-francuskiego fotografa, kilkuletni chłopiec biegnie po Moście Łacińskim – ze względu na ostrzały nazywanym wówczas w Sarajewie mostem śmierci. W opisie pod zdjęciem czytamy, że chłopiec jest tak mały, iż nie musi się schylać, jak dorośli – nie widać go spoza kontenerów, które chronią przechodniów przed kulami serbskich snajperów.
Inny kadr: gromadka roześmianych dzieciaków zjeżdża środkiem ulicy na sankach. W każdej chwili na drogę mogą spaść serbskie pociski moździerzowe, ale na zdjęciu nie ma strachu: na razie jedyne, co spadło, to śnieg – i w tej chwili to jest najważniejsze.
Razem z czwartym obrazem Abbasa, z 1999 roku, przedstawiającym targ w ruinach w kosowskim mieście Peć, zdjęcia z lat 90. stanowią pomost między Stratami… a drugą wystawą trwającą w DSH: Warszawa na nowo, na której prezentowane są pochodzące z archiwów Polskiej Agencji Prasowej fotografie reporterskie z lat 1945–1949. Obie ekspozycje – ta wojenna: ukraińsko-bośniacko-kosowska i ta powojenna: warszawska – z jednej strony zderzają się ze sobą, ale z drugiej – przenikają; jedna płynnie przechodzi w drugą.