Koncert galowy pianisty i kompozytora Józefa Hofmanna w Metropolitan Opera w Nowym Jorku, photo: NAC
Na scenie jest gwiazdorem. Fani – a w szczególności fanki – piszczą na jego widok, ale Hofmann nie wypracowuje żadnej maniery. A jest to rzadkość, bo pianiści, traktowani kiedyś jak gwiazdy popkultury, lubili mieć swój znak rozpoznawczy. Artur Rubinstein wbiegał na scenę dziarskim krokiem, nawet na starość; z kolei Światosław Richter zawsze stawiał bardzo długie kroki.
Chociaż, może to, że się nie uśmiecha tworzy jego styl. Kiedy w trakcie wykonywania utworów ogarnia go poczucie znużenia, zajmuje myśli rozwikływaniem strategii szachowych. Posiada słuch absolutny i niesamowitą pamięć muzyczną, w jego księgozbiorze jest niewiele partytur - nie potrzebuje ich.
Zostawia po sobie wiele nagrań pianistycznych i pianolowych. Paradoksalnie, w 1923 – kiedy technika zaczyna iść do przodu – kończy komercyjną działalność nagraniową niezadowolony z jakości nagrań. Technikę zapisu dźwięku próbuje udoskonalić we własnym warsztacie.
Karierę pianistyczną zakończy w wieku siedemdziesięciu lat. Przez 11 lat jest dyrektorem prestiżowej Curtis Institute of Music. Ściąga tam polskich artystów, m.in. dyrygenta Artura Rudzińskiego, śpiewaczkę Marcelinę Sembrich-Kochańską, skrzypka Leopolda Auera.
W latach 40. jego kariera blednie, ma problemy rodzinne i popada w alkoholizm. Zagra jeszcze kilka ważnych koncertów, m.in. recitale w Carnegie Hall transmitowane amerykańskim żołnierzom na frontach II wojny światowej. Umiera w samotności, ciągle pracując nad nowymi wynalazkami.