Te sieci powiązań dotyczą w dużej mierze kontekstu żydowskiego. Buczkowski twierdził, jakoby wychowywał się wśród Żydów, jego dziecięcą wyobraźnię miał zaś ukształtować żydowski folklor. Wiedzę o nim przekazali mu rzekomo domorośli żydowscy filozofowie, przyjaciele jego ojca, który sam podobno mówił w jidysz, a młodego Leopolda zaangażował nawet do malowania fresków w miejscowej synagodze. W tym kontekście nie dziwi, że Buczkowski miał jakoby grywać w wiejskiej kapeli na żydowskich weselach.
Z Żydami wiążą się też dwa kluczowe momenty biografii Buczkowskiego. Za początek swojego pisarstwa uznawał sporządzony na prośbę przyjaciela Chaima Goldberga raport z sekcji zwłok koniokrada, w którego żołądku znaleźli kilka pieczonych ziemniaków. To Goldberg miał też namówić Buczkowskiego na literacki debiut. W drugiej scenie formacyjnej, pisarz chodząc po zgliszczach zlikwidowanego przez nazistów obozu, wygrzebał nadwęglone kartki pozostałe po bibliotece kahałowej: „I kiedy znalazłem się przy tych wypalonych książkach, zostałem jak zahipnotyzowany”.
Buczkowski do końca życia pozostał przy resztkach kultury żydowskiej. Salomon Łastik, autor monografii haskali (żydowskiego oświecenia) nazywał go wręcz „szperaczem i znawcą judaików”. Dając w swoich książkach przestrzeń dla resztek żydowskiej kultury, Buczkowski prezentował szczególnie sugestywne obrazy wojennego kataklizmu. Dochodzą one do głosu już w wydanym pośmiertnie Dzienniku wojennym, w którym Buczkowski rejestruje „Judenjagd”, „polowanie na Żydów”, czyli etap Zagłady w latach 1942–1945, kiedy hitlerowcy razem z częścią miejscowej ludności tropili ukrywających się po lasach. Kolejne powieści będą opowiadać też o żydowskiej partyzantce, a sam twórca podsuwa sensacyjny trop, jakoby nawet miał być jej członkiem.
Niezależnie od zgodności tej relacji z faktami – do opowieści autobiograficznych Buczkowskiego zwykle należy podchodzić ostrożnie, biorąc pod uwagę jego skłonność do konfabulacji i pożyczania elementów cudzych biografii – twórca musiał mieć kontakty z żydowskimi bojownikami, skoro przedstawienie ich losów znajduje detaliczne potwierdzenie w materiale dokumentalnym (o czym przekonaliśmy się dopiero niedawno). W ten sposób Buczkowski zdaje wyrazisty raport z tych wymiarów Holokaustu, które – przesłonięte chociażby wiedzą o obozach zagłady czy tragedii gett – przez całe dekady pozostawały „źle zobaczone”, sytuując się na marginesie zbiorowej pamięci.