To właśnie owe erupcje stanowią sedno strategii Waliszewskiej. Artystka przetwarza estetyki dawnych epok, zawsze jednak łącząc ich elementy w amalgamat niedający się łatwo ikonograficznie przyszpilić. I choć możemy rozpoznawać w kolejnych pracach konkretne obiekty z kolekcji Muzeum Benaki lub motywy w nich powracające, to zawsze są one jednak częścią kompozycji, która nadaje im nieoczekiwane konteksty.
Na wystawie wita nas wizerunek androgynicznej kobiety, chudej i sinoniebieskiej, ubranej jedynie w prześwitujący szyfonowy płaszczyk i naszyjnik z kłódką w stylu Sida Viciousa. Postać z rozłożonymi na boki rękami i patrząca gdzieś za krawędź ramy powtarza gest starożytnych orantek, ręce wspiera jednak na cierniach tworzących bordiurę obrazu, odsyłających do przedstawień umęczonego Chrystusa. Już w tym wizerunku na abstrakcyjnym tle, właściwie pozbawionym narracji, nakładają się na siebie powidoki starożytności, północnego renesansu i symbolizmu przełomu wieków.
Kiedy obiekty z ateńskiej kolekcji wdzierają się w obrazy Waliszewskiej, tracą swoją patynę. Pochodzące z IV wieku p.n.e. oinochoe (niewielkie naczynie na wino) z reliefowym przedstawieniem Dionizosa dosiadającego pantery, namalowane w różowej tonacji, zostaje nałożone na mroczną scenę egzekucji nagiej kobiety. Postać jest pochylona, niemal nie mieści się w polu obrazowym. Przyłożony do tyłu głowy pistolet jest trzymany przez anonimową dłoń. Krew za moment tryśnie do naczynia, wymiesza się z winem. Gdyby kobieca postać albo widoczne w tle drobne figury obdarzone zostały konkretną tożsamością, scena mogłaby łatwo stać się prostą alegorią. Tymczasem Waliszewska zdaje się wrzucać nas w sam środek mitu, którego źródeł i szczegółów nie znamy, który jednak odradza się i mutuje od tak dawna, że wydaje się zrozumiały na głęboko podświadomym poziomie.
Waliszewska obeznana jest przy tym z historią sztuki na tyle, że nie łapie się na pierwszy lepszy haczyk. Mając do dyspozycji setki obiektów z kolekcji nie szuka wcale tych najbardziej spektakularnych ani najdziwniejszych. Erupcje antyku działają tu właśnie dlatego, że artystka sięga po przedmioty drobne i niepozorne, umiejętnie wkomponowując je w swoje prace. Najlepiej ukazuje to ateńska tetradrachma, moneta z sową – patronką miasta, przedmiot na tle wszystkich antycznych wspaniałości wręcz banalny, po którym łatwo się prześlizgnąć wzrokiem. W pracy Waliszewskiej owa moneta pojawia się na niebie jak gigantyczne słońce lub bóstwo. Trwożliwie zerkają ku niej nagie postaci skryte w jaskini – może oglądamy scenę sprzed początków cywilizacji, a może właśnie z czasów po jej końcu. Drobna moneta zyskuje wagę podobną do statui wolności napotkanej przez Taylora w słynnej końcowej scenie Planety małp.
***