Wyspa Króla Jerzego, Antarktyda, fot. Piotr Angiel/East News
W 1895 dowiaduje się o planowanej przez Adriana de Gerlacha, oficera belgijskiej marynarki wojennej, wyprawie na Antarktydę. Zgłasza się jako pierwszy. Ląd ten jest wciąż niezbadany – mają być pierwszymi naukowcami, którzy tam dotrą, w dodatku w zimę. Razem z Gerlachem prowadzi kampanię fundraisingową. Intensywnie przygotowuje się do wyprawy: bada szwajcarskie lodowce, prowadzi konsultacje z zakresu oceanologii i meteorologii.
Budżet mają niewielki. Stać ich tylko na używany statek zakupiony w Norwegii.. Wielorybniczy okręt ochrzcili dumnie: Belgica. Łajba to niewielka, ale solidna. Co najważniejsze, mają obszerne i dobrze wyposażone laboratorium.
16 sierpnia 1897 wyruszają z portu w Antwerpii. Na pokładzie jest ich 22, a wśród załogi międzynarodowe towarzystwo: Roald Amundsen - przyszły zdobywca bieguna południowego; Emil Racoviţă – sławny rumuński zoolog, pionier biospeleologii – nauki o organizmach zamieszkujących jaskinie. Arctowskiemu przypada zaszczytne zadanie bycia kierownikiem naukowym wyprawy.
Wyprawa nie zaczyna się szczęśliwie – dopływają zaledwie do pobliskiej Ostendy, bo psuje się maszyna parowa. Trzech członków załogi rezygnuje z wyprawy. Po roszadach personalnych udaje się Arctowskiemu dokooptować do ekipy swojego kolegę. To Antoni Dobrowolski, wkrótce twórca kriologii, wiedzy o właściwościach lodu. Do wyprawy zostaje jednak najęty jako zwykły marynarz i zaledwie asystent naukowców – nie przypadł początkowo do gustu Gerlachowi.
W Rio de Janeiro dosiada się do nich Frederick Cook – amerykański lekarz i fotograf, przyszły bohater sporu o pierwszeństwo na biegunie północnym. Po licznych przygodach i perturbacjach w styczniu 1898 mijają ostatnie miejsce zamieszkane przez człowieka – argentyńską Isla de los Estados. Dalej tylko morze i lód.