Właśnie. Dla mnie lata osiemdziesiąte to czas dzieciństwa, który oczywiście sobie mitologizuję na różne sposoby, natomiast nie tęsknię za ówczesnym jedzeniem.
Mało kto tak naprawdę tęskni za czasami Polski Ludowej i ówczesną kuchnią. Ludzie tęsknią najczęściej po prostu za czasami, kiedy byli młodsi, kiedy więcej im się chciało. Nostalgia za czasami PRL-u u starszego pokolenia może być też reakcją, backlashem w stosunku do przyspieszonej modernizacji, którą przeżywamy po 89. roku. Mamy dziś nadmiar wyboru – idę do sklepu, kiedyś był tam jeden lub dwa rodzaje kiełbasy, jeżeli w ogóle jakaś była, a teraz nie dość, że jest kilkadziesiąt rodzajów, to jeszcze z kilkudziesięciu krajów. I niektórych ludzi może to przerastać, więc ta nostalgia jest tęsknotą za czasami, w których pewne rzeczy były mniej skomplikowane. Często też wypieramy różne niezbyt pozytywne doświadczenia, takie jak stanie w kolejkach. Warto też tu wspomnieć, że, jak zwraca uwagę w swoim tekście profesor Andrzej Zawistowski, za PRL-u sporo osób popierało pomysł kartek żywnościowych.
Bardzo mnie to zdziwiło, gdy czytałam książkę.
Tak, nawet w 1980 roku działacze Solidarności nie byli za zniesieniem reglamentacji jedzenia, tylko za zmianą sposobu jego dystrybucji. Ludziom chodziło o sprawiedliwy podział, bo widzieli nierówności. Ktoś, kto miał zasoby, głównie pieniężne, był w stanie kupić coś na lewo, często nawet w tym samym sklepie. Kartki dawały po tyle samo każdemu. Wydawały się bardziej sprawiedliwe w czasach niedoborów – miały sprawić, że nie to, ile zarobiłem czy odłożyłem będzie wpływać na to, czy zdołam sobie kupić cokolwiek na kolację.
Potem kartki jednak zostały znienawidzone, stały się symbolem niewydolności sytemu.
Tak je ludzie zapamiętali, zresztą słusznie. Warto jednak pamiętać, że systemy reglamentacji nie były specyficzne tylko dla Polski, czy w ogóle dla bloku wschodniego. W latach czterdziestych, pięćdziesiątych w zasadzie w całej Europie miała miejsce reglamentacja jedzenia. Problem był taki, że te kartki u nas w latach osiemdziesiątych, które z założenia miały gwarantować dostęp do towarów, wcale go nie gwarantowały. Myślę, że dlatego zostały tak znienawidzone. Poza tym kolejki wtedy były już naprawdę spektakularne. Nic nie było w sklepach, trzeba było sobie radzić, stosowano rozmaite strategie przetrwania. Jeżeli ktoś na przykład miał dostęp do gospodarstwa wiejskiego, to mógł dokonywać różnego rodzaju handlów wymiennych. Tworzyły się całe ekosystemy sąsiedzko-rodzinne, w ramach których ludzie się wymieniali różnymi towarami. Trzeba było, jak to się ładnie w polskim języku określa, kombinować. To słowo, które trudno bardzo przetłumaczyć na inne języki. Ale to była konieczność zwłaszcza w latach osiemdziesiątych. Trzeba bowiem pamiętać, że okres PRL-u jest bardzo nierówny. W latach czterdziestych, pięćdziesiątych problemy związane z dostępem do żywności, były dosyć oczywiste, wiadomo było skąd wynikały i dotykały wszystkich. Co więcej, co też jest ciekawe, w Polsce Ludowej kartki zniesiono po wojnie szybciej niż w Wielkiej Brytanii. Natomiast w latach osiemdziesiątych trudno było je wyjaśnić inną przyczyną niż indolencja władz komunistycznych. Dlatego, jak mi się wydaje, utożsamiono je z tym, że władza nie wypełnia tego, co obiecywała.
A dlaczego dla komunistycznych władz było tak ważne ingerowanie w to, co jedzą obywatele? W swojej książce "Ślepa kuchnia" Monika Milewska pisze o tym, że w 1950 roku założono instytut odgórnie ustalający jadłospisy i przepisy dla lokali gastronomicznych w całej Polsce.
Te odgórnie zatwierdzane przepisy wiążą się z unaukowieniem podejścia do jedzenia. Jedzenie miało pełnić konkretną funkcję. Chodziło o zapewnienie pożywienia, a nie o to, żeby potrawy były smaczne. Widać to świetnie w propozycjach jadłospisów na cały tydzień, gdzie podpowiadano na przykład, że można zamienić dorsza duszonego w warzywach pieczoną kiełbasą, bo mają tyle samo wartości odżywczych. To, że w smaku to jest coś zupełnie innego, nie grało zbytnio roli. Smak był czymś wtórnym. Jak smakowało, to dobrze, jak nie, to trudno. Ważne było dostarczenie odpowiedniej ilości składników odżywczych w odpowiednich proporcjach. Dlatego nie było miejsca na swobodną twórczość szefów kuchni. Próbowano też zdemokratyzować jedzenie poza domem. Restauracje miały narzucone kategorie i narzucone cenniki, tak żeby chłopów czy robotników było stać na chociażby niektóre z nich. Warto jednak zauważyć, że powiązanie jedzenia z ideologią nie jest specyficzne tylko dla reżimów komunistycznych czy autorytarnych. Dziś wiele obszarów naszego codziennego życia jest projektowana tak, żeby zwiększyć dochody firm czy gałęzi gospodarki. Wtedy to oczywiście miało bardziej upolitycznione znaczenie. Chodziło o stworzenie nowego człowieka, nowego obywatela Polski Ludowej, który byłby wolny od wszystkich naleciałości burżuazyjnych, jak to się wtedy mówiło, czy drobnomieszczańskich, czyli od zwyczaju jedzenia w domu przy wspólnym stole. W znajdującym się w naszej książce tekście profesor Piotr Korduba pisze o tym, jak poprzez design próbowano ten zwyczaj zmienić, sprawić, żeby upowszechniło się jedzenie przed telewizorem. Zwracano uwagę przede wszystkim na żywienie zbiorowe, które miało jeszcze bardziej związać człowieka z miejscem pracy. Bo miejsce, gdzie spożywamy posiłek, wydaje nam się familiarne i chodziło o to, żeby to było nie mieszkanie, ale właśnie stołówka w pracy, w szkole, czy na uczelni. To zresztą tylko jeden z elementów układanki tworzenia nowego człowieka. Pojawiły się na przykład zastępstwa dla różnych tradycyjnych rytuałów, na przykład ceremonia nadania imienia jako zamiennik dla chrztu. Jest książka Izabelli Main, która porównuje komunistyczną obrzędowość z obrzędowością ludową i bardzo dobrze pokazuje, jak na przykład wieńce składane na ręce pierwszego sekretarza czy partyjne dożynki były próbą zawłaszczenia dawnych zwyczajów i wykorzystania ich w konkretnym politycznym celu. Podobnie było z jedzeniem. Propagowane sposoby jedzenia, metody przygotowywania potraw i unaukowienie dyskursu o odżywianiu to wszystko według mnie i też według innych autorów w książce miało na celu właśnie wytworzenie nowego człowieka, który byłby związany z rzeczywistością ludową czy komunistyczną bardziej niż z jakąkolwiek inną tradycją.