W świecie zwykłych ludzi pewnie nigdy by się nie spotkali - pisze Mariusz Urbanek w książce "Genialni", ale w świecie matematyki przez zwykły przypadek stworzyli legendę. Hugo Steinhaus pewnego letniego wieczoru usłyszał, jak ktoś na krakowskich Plantach dyskutuje o całce Lebesque'a, twierdzeniu znanym wówczas tylko nielicznym matematykom. Tym kimś był młody Stefan Banach, syn niepiśmiennej służącej, geniusz bez dyplomu, jeden z największych polskich talentów w światowej nauce, którego nazwisko do dziś jest drugim po Euklidesie najczęściej przywoływanym nazwiskiem w matematyce powszechnej.
Nauka, która przeszła do historii także zaczęła się nietypowo: przy marmurowych stolikach klimatycznej kawiarni Szkockiej w przedwojennym Lwowie. Tam, przy kawie, koniaku i zabazgranych ciągami liczb i symboli blatach, spotykali się profesorowie, docenci i doktorzy Politechniki Lwowskiej i Uniwersytetu Jana Kazimierza, by godzinami dyskutować o matematyce. Z tych spotkań, oprócz anegdot, pozostał gruby zeszyt w kratkę ze 193 zadaniami ("Księga Szkocka"). Niektóre z nich wciąż czekają na rozwiązanie. Tak narodziła się Lwowska Szkoła Matematyczna, największy polski wkład w światową naukę wplątany w historyczny wir II wojny światowej. Dlaczego wciąż tak niewiele o niej wiemy?W Culture.pl przypominamy jej charyzmatycznych twórców, piękne umysły II Rzeczpospolitej. Co po nich zostało?
Hugo Steinhaus: Dowcip jest szyfrem

Hugo Steinhaus, fot. Bogdan Łopieński / Forum
Kształcony w Getyndze matematyk i twórca podziwianych przez Juliana Tuwima aforyzmów, miłośnik kalambur i poprawnej polszczyzny. Elegant.Nieodpowiednio adresowane listy odsyłał nieotworzone, a doktorantowi, który przedstawiając się podał nazwisko przed imieniem, gotów był złamać karierę. Uporządkowany, pedantyczny, surowy wobec studentów, prawdopodobnie jedyny abstynent w gronie lwowskich Szkotów .
Ideę szyfru listowego Steinhaus zaczerpnął z "Ulissesa" Jamesa Joyce'a, a wynalazek introwizora przyszedł mu do głowy, gdy podczas zimowego spaceru obserwował osadzające się na futrze płatki śniegu. Matematyka zawdzięcza mu rachunek prawdopodobieństwa, a zanim pojawiły się badania genetyczne sądy potwierdzały lub wykluczały ojcostwo powołując się na tekst Steinhausa o dochodzeniu ojcostwa czyli analizie metod rachunku prawdopodobieństwa , na ile dany mężczyzna może być ojcem danego dziecka.
Wojnę przetrwał pod nazwiskiem Grzegorz Krochmalny w majątku Ottów pod Lwowem, a potem w folwarku Stróże koło Nowego Sącza. W zamian za drewno na opał, naftę i mleko udzielał korepetycji, w wolnych chwilach grał w szachy i pracował nad konstrukcją zegara słonecznego. Poważne matematyczne zadania rozwiązywał korespondencyjnie, ale o kontynuacji rozpoczętych przed wojną badań nie mogło być mowy.
Po wojnie zamieszkał we Wrocławiu, gdzie pod pseudonimem publikował aforyzmy z cyklu "Słownik racjonalny"publikowane m.in. w tygodniku "Szpilki". Pisał, że dowcipem, nie należy celować, ale trafiać. Swoją literacką twórczością podczas jednego z wyjazdów do Zakopanego podzielił się z Julianem Tuwimem, ten zredagował i opublikował je na łamach miesięcznika naukowego "Problemy". Wśród nich : "Kula u nogi - Ziemia" czy wykreślony przez cenzurę :" Nasi przywódcy - nasi przy wódce". I pozostałe:
"Taki, co się obywa bez wszystkiego - obywatel"
"Taki, co wszystko reguluje okólnikami - dekretyn"
"Marynarz, który lgnie do kobiet - majtek"
Aforyzmy cieszyły się dużą popularnością wśród studentów, nazywali je "hugenotkami" lub "steinhausenkami". Przez krytyków porównywane były z "Myślami nieuczesanymi" Stanisława Jerzego Leca. Steinhaus był autorem tłumaczonego na wiele języków "Kalejdoskopu matematycznego". To on sprowadził przed wojną do Lwowa Stefana Banacha, o którym później miał powiedzieć, że był jego największym życiowym odkryciem. W Szkockiej Księdze obok skomplikowanych wyliczeń, Steinhaus zanotował też sytuacyjny żart z szukającym po kieszeniach zapałek Banachem w roli głównej:
Pewien mężczyzna używał dwóch pudełek zapałek, wyciągając zapałki na chybił trafił. Po jakimś czasie okazło się, że jedno pudełko jest puste. Jakie jest prawdopodobieństwo, że w drugim pudełku jest wtedy k zapałek, skoro początkowo w każdym pudełku było n zapałek?
Stefan Banach: " Geniusz – gen i już"

Stefan Banach, rep. FoKa / Forum
Profesor uniwersytecki bez fraka, cylindra i skończonych studiów. O nie pasującym do lwowskich intelektualistów nonszalanckim matematyku, który chętniej niż w modnego wówczas tenisa grał w karambol, chodził na piłkarskie mecze i kowbojskie filmy, mówił cały Lwów. Do tego miał najmocniejszą głowę w całej Szkockiej. Encyklopedyczne terminy opatrzone jego nazwiskiem: "Przestrzeń Banacha", " całka Banacha, "granica uogólniona Banacha", "algebra Banacha" powstały właśnie przy szklance koniaku, kuflu piwa, głośnej kawiarnianej muzyce i w oparach papierosowego dymu. Jego sława rosła, a w 1932r. głośna, przełomowa dla rozwoju matematyki "Teoria operacji liniowych" została przetłumaczona na niemal wszystkie języki świata, kilka lat później Banach został zaproszony do wygłoszenia odczytu na Międzynarodowym Kongresie Matematycznym w Oslo, kusiły go też zagraniczne kontrakty.
Aż trudno uwierzyć, że jeszcze parę lat wcześniej dorabiał jako statysta w operze, za zatańczonego w "Halce" Stanisława Moniuszki mazura dostawał 20 groszy, a naukową karierę spowalniał brak magisterki. Z pomocą przyszedł Steinhaus, który przekonał ministra do nagięcia uczelnianych przepisów. Postawiano jednak warunek, że w ciągu roku przedłoży pracę doktorską:
Udało mu się tego dokonać w pół roku, ale w dość szczególny sposób. Zatroskani o los Banacha opiekunowie przydzielili mu asystentów, którzy chodzili za nim i notowali jego myśli i pomysły, twierdzenia i dowody. Banach jedynie zaakceptował spisaną już rozprawę doktorską. Aby doprowadzić go przed komisję egzaminacyjną użyto fortelu – pewnego dnia poinformowano Banacha, że w sekretariacie czeka na niego grono panów w Warszawy, którzy mają do rozwiązania jakiś ciekawy problem matematyczny. Tak właśnie odbyła się publiczna obrona rozprawy doktorskiej Stefana Banacha – mówi w wywiadach Urbanek.
W 1939 r. otrzymał Wielką Nagrodę Polskiej Akademii Umiejętności, niestety większość z 20 tysięcy złotych przepadła z konta PKO wraz z wybuchem wojny. 1 września zastaje go w uzdrowisku nad Prutem, szybko jednak Banach, pomimo protestów syna, wraca do bombardowanego przez Niemców Lwowa. Gdy świat lwowskiej nauki przestaje istnieć, matematyk znajduje schronienie i zatrudnienie w Instytucie Badań nad Tyfusem Plamistym, gdzie na stanowisku karmiciela wszy, udaje mu się przetrwać koszmar wojny. Jak pisze Urbanek, uczeni zatrudnieni w instytucie szybko utworzyli stoły: humanistyczny i matematyczny, przy których roztrząsano dylematy nauki, słuchano opowieści specjalistów z innych dziedzin i rozwiązywano językowe łamigłówki. Rozmawiano też o wojnie i przyszłości Lwowa.
Po zajęciu miasta przez Rosjan Banach wrócił do pracy wykładowcy, prowadził seminaria matematyczne, po Lwowie krążyły plotki, że sam Stalin miał zaproponować Banachowi fotel prezydenta Polskiej Republiki Sowieckiej, oferowano mu też najwyższe laury i odznaczenia radzieckie. Wykładał do ostatniej chwili. Zmarł na raka płuc w sierpniu 1945r.
Stanisław Ulam: "Może wyprawa na Księżyc?"

Stanisław Ulam trzymający FERMIAC, fot. CC / Wikimedia
Jego życiorys to gotowy scenariusz filmowy. Miał zostać adwokatem lub astronomem, pierwszy teleskop dostał jako 10-latek. Wystarczyło, by połknąć bakcyla i szybko nauczyć się na pamięć nazw gwiazdozbiorów i ich odległości od Ziemi. Zaczytywał się w powieściach Juliusza Verne'a i jako 12-latek budził w środowisku akademickim sensację zasiadając w uniwersyteckich ławach na wykładach z teorii względności. Nie mógł przypuszczać, że kilka dekad później dziecięce marzenia o podboju kosmosu i lotu na Księżyc przedstawi doradcy prezydenta-elekta Johna F. Kennedy'ego.
Wróćmy do czasów studenckich. Do szkockiego stolika dołączył dzięki Stanisławowi Mazurowi, którego poznał na drugim roku studiów matematycznych. "Matematyka w tej grupie zafascynowanych ludzi była czymś w rodzaju gorączki" - wspomina w książce Urbanka Zygmunt Birnbaum, który z czasów lwowskich studiów zapamiętał dyskusje o matematyce w zimowe wieczory, kiedy studenci i wykładowcy przytuleni plecami do gorących kafli rozmawialai o całkach, pierwiastkach i potęgach. Wśród nich był Ulam, który po studiach wyruszył w świat - najpierw do Wiednia, potem też do Zurychu, Paryża, Cambridge. Wkróce przyszedł też list z zaproszeniem do Stanów Zjednoczonych. W 1935r. w Princeton poznał samego Alberta Einsteina, dostał prestiżowy staż na Harvardzie i jako wschodząca gwiazda światowej nauki wrócił do Lwowa. Na krótko.
Wieści o pakcie Ribbentrop-Mołotow zastały go już na pokładzie transatlantyku "Batory", wkrótce po przybyciu do Nowego Jorku wybuchła wojna. Codziennie nasłuchiwał radia i czytał wszystkie gazety, szukając wiadomości o Lwowie. W jedej z nich znalazł zdjęcie brata z podpisem " Student z Polski zastanawia się, czy jego dom został zbombardowany". Pisał też, że czuje się na marginesie historii. I wiedy pojawiło się Los Alamos i Projekt Manhattan, czyli prace nad skontruowaniem najstraszniejszej bomby świata. W jednym miejscu zebrali się najwybitniejsi naukowcy z całego świata i wielu przyszłych noblistów. Szef projektu Robert Oppenheimer po pierwszych udanych próbach mówił: "Przemknęło mi przez myśl, że stałem się Księciem Ciemności, niszczycielem Wszechświatów". Zrzuconana Hiroszimę 6 sierpnia bomba zabiła ponad 80 tysięcy ludzi, a świat wkroczył w erę atomową. A Ulam?
Kiedy dowiedziałem się o Hiroszimie i zobaczyłem fotografie zniszczeń, pierwszym uczuciem było zdziwienie. Nagle w moim mózgu dokonał się niezwykły skrót myślowy: cyfry, wypisane białą kredą na czarnej tablicy, i natychmiast potem miasto zmiecione z powierzchni ziemi – mówił matematyk Olgierdowi Budrewiczowi.
Pamięć o Hiroszimie i Nagasaki ścigała go do końca życia. Jednak w 1950 był jednym z tych, którzy w Los Alamos pracowali nad projektem superbomby wodorowej o sile 700 bomb, które spadły na Japonię. Bo, czegóż dokonaliby Newton czy Archimedes, gdyby zamartwiali się skutkami swoic odkryć ?- tłumaczył swojej żonie. W latach 60. był częstym gościem Waszyngtonu, pracował nad programem lotów na księżyc, o których w swoim orędziu mówił John F. Kennedy.
Stanisław Mazur: Uczony romantyk

W nagrodę za rozwiązanie bardzo trudnego zadania Stanisław Mazur (z lewej) wręczył szwedzkiemu matematykowi Perowowi Enflo żywą gęś, fot. z archiwum rodzinnego Krystyny Mazurówny / CC / Wikimedia
Nie został cukiernikiem zgodnie z rodzinną tradycją, ale i tak dużo czasu spędzał w kawiarniach. Wyposażony w błyskawiczny refleks, piekielną inteligencje i niebywałe poczucie humoru idealnie pasował do genialnego stolika w Szkockiej. O matematyce wiedział wszystko, ale zagadki rozwiązywał w głowie. Słynął m.in. z niechęci do publikowania swoich prac i lewicowych poglądów. Ideowy komunista i antyfaszysta. Urbanek pisze:
Był roztargniony. Młodszej córki nie poznał kiedyś na ulicy, a o tym, że przestała chodzić do szkoły, bo postanowiła zostać baletnicą dowiedział się dopiero pół roku po tym, gdy Krystyna nie przyniosła świadectwa szkolnego. Stale pogrążony w myślach o matematyce, nie radził sobie z prostymi rachunkami. Kioskarka, u której codziennie kupował po kilka gazet, kazała mu dodawać ceny, przekonana, że kto, jak kto, ale słynny matematyk nie będzie miał z tym żadnego problemu. – A on pocił się i skarżył mi się potem, że naprawdę nie wie, ile to jest 2,40 plus 3,65 i jeszcze 4,80 – wspominała w książce córka Krystyna Mazur, słynna tancerka i choreografka.
W czasie wojny, tak jak inni matematycy starał się pracować mimo wszystko, ukrywał się przed gestapo i Ukraińcami. Po wojnie pracował w Łodzi, a potem na Uniwersytecie Warszawskim. Studenci go uwielbiali. Jeden z nich – Bogdan Miś wspomina, jak podczas wykładu Mazur obalił kilkudziesięciostronnicowy dowód światowej sławy matematyka przedstawiając łatwiejszy sposób, na który w 1937 r. wpadł wspólnie z Banachem. Był tak banalny, że uczeni uznali rzecz za niegodną publikacji.
A potem pochłonęła go polityka. W 1947 r. został posłem na Sejm z listy tzw Bloku Demokratycznego, a w 1952 r. z list PZPR. Komunista idealista, wierzył, że to najlepszy ustrój na świecie, choć z przywilejów władzy nigdy nie korzystał. Rozczarowanie systemem przyszło dopiero w 1968 r., ale nigdy nie zdecydował się na emigrację. Jakiś czas później, w towarzystwie kamer telewizyjnych wręczył uczonemu ze Szwecji żywą gęś w dużym wiklinowym koszu z falbankami za rozwiązanie problemu nr 153 ze Szkockiej Księgi.
I inni...

Lwowska szkoła matematyczna, 1930, fot. CC / Wikimedia
Lwowska kawiarnia była najaaktywniejszym okresem naukowej pracy także dla kilkunastu innych matematyków: ściągniętego z Warszawy prof. Kazimierza Kuratowskiego, który w Szkockiej zawsze otoczony był studentami, a także Władysława Orlicza i Kazimierza Bartla, premiera w rządzie Józefa Piłsudskiego. To on załatwiał matematykom bilety kolejowe pierwszej klasy, dzięki którym mogli zapraszać do Lwowa zagranicznych gości. Był też Leon Chwistek, wybitny logik, malarz i przyjaciel Witkacego oraz Marek Kac, którego zatrzymał w USA wybuch wojny .