Służbę w szeregach Armii Krajowej podjęła w sposób całkiem naturalny, wypływający wprost z patriotyzmu, który na kresach Rzeczpospolitej – zwłaszcza tam – był mocny i przyjmował się łatwo. Nie była osobą religijną. Ktoś, kto od dziecka przedkłada pisma Arystotelesa nad lekturę Biblii, nie znajdzie w nich zbyt wielu okazji do spotkań z Bogiem. Nie znaczy to, że lekceważyła rytualny, czysto zewnętrzny wymiar religii. "Połowa mojej rodziny, rodzice i ja również – wracała pamięcią do tamtych czasów – była wyznania kalwińskiego – to tradycje tamtych ziem, proszę pamiętać, że Radziwiłłowie byli również "wstrętnymi kalwinistami". Oczywiście, zapraszało się księdza i jeździło do kościoła na msze. Na tych terenach Kościół katolicki wypadało popierać, a poza tym były względy towarzyskie. Obok kościoła był wielki majątek kuzynów, msza była pretekstem do odwiedzin i wspólnego obiadu. Chodziło się również do cerkwi, gdy na przykład któryś z prawosławnych pracowników majątku żenił się albo chrzcił dzieci. I nie tylko do cerkwi, także do synagogi. W ten sposób dwór okazywał przyjaźń i szacunek. Religia w naszym domu nie grała wielkiej roli. Bardzo wcześnie zrozumiałam, że jestem niewierząca. Łagry tego nie zmieniły, chociaż tam nabrałam szacunku do religii, bo widziałam, jak często wiara pomaga ludziom przeżyć, zachować spokój, nadzieję. Dlatego nigdy nie będę z żadną religią walczyć ani działać w organizacjach wolnomyślicielskich".
Aresztowano ją w 1944 roku. Spędziła w łagrach radzieckich jedenaście lat. Nie pamiętam już, czy o utracie języków obcych napomknęła w jednej z rozmów, czy natknąłem się na to w jej wspomnieniach. Bolała nad tym. "Strwoniła" je, by tak rzec, na Sybirze i nie potrafiła już nigdy ich w sobie odtworzyć. Polski i francuski przyswajała od dziecka i one pod wpływem przeżyć wojennych i obozowych tylko się w niej wzmocniły. Zapomniała natomiast języków klasycznych, których uczyła się jeszcze w Wilnie u wybitnego klasycysty Stefana Srebrnego; zapomniała też po niemiecku. Na mocy umów repatriacyjnych wróciła do Polski w 1955 roku. Posługiwała się mocno zrusyfikowaną polszczyzną. Gdy w 1957 roku skończyła studia filozoficzne, Adam Schaff zatrudnił ją w IFiS PAN (Instytut Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk – przyp. red.), co należy policzyć mu za jedną z niewielu zasług na niwie kultury polskiej i filozofii. Natomiast nie zezwolono pani profesor na prowadzenie zajęć uniwersyteckich z obawy o jej kontakty ze studentami. Władze nie obawiały się zwykłej indoktrynacji antykomunistycznej, lecz siły jej milczącego świadectwa.
Ostatecznie takie seminarium stworzyła w PAN-ie. Przychodzili na nie stosunkowo młodzi uczeni, również mnie udało się – na sam koniec – przyjść na nie parę razy. Czytaliśmy Levinasa, rozmawialiśmy o Derridzie, trochę o Deluze'ie i innych modnych wtedy Francuzach, gdyż pani profesor była umysłem otwartym i ciekawiła się wszystkim, nawet postmodernizmem. Przedstawiłem – jeszcze jako student – referat o agonizmie i antagonizmie, który wkrótce stał się moim debiutem filozoficznym. Na seminarium Skargi chodziły różne osoby, ale środowiskowo sobie bliskie: Małgorzata Kowalska, państwo Środowie, Jacek Migasiński, ubóstwiany przez panią profesor Cezary Wodziński, Seweryn Blandzi, a ze starszych – pani Halina Floryńska-Lalewicz, sekretarz "Archiwum Historii Filozofii i Myśli Społecznej". Były też inne osoby, ale mało je pamiętam.