Przez pięć lat kierował Santarcangelo Festival – jednym z najważniejszych festiwali sztuk performatywnych. W jego programie mocno zaznaczyła się obecność młodych artystów oraz twórców z Europy Środkowo-Wschodniej, w tym z Polski. Kireńczuk rozwijał też międzynarodowe sieci współpracy i programy wspierające artystów na wcześniejszych etapach kariery. Teraz przenosi się do Wiednia, gdzie został dyrektorem artystycznym brut Wien. Instytucja rozpoczyna sezon 16 października. W otwarciowy weekend będzie można zobaczyć m.in. premierę autorstwa Amandy Piñy Ancient Future Climate Bodies.
Częścią programu otwarcia są także interwencje artystyczne w przestrzeni miejskiej, w których udział weźmie między innymi Wojciech Grudziński.
Z Polski do Włoch
Izabela Szymańska: W dniu, kiedy rozmawiamy, pismo „Teatr” opublikowało ranking 20 najbardziej wpływowych osób polskiego teatru. Co to dla ciebie znaczy?
Tomasz Kireńczuk: Muszę przyznać, że mam dystans do rankingów, ale oczywiście miło mi, że „Teatr” docenił moją pracę. Tym bardziej że nie jest to oczywiste: kiedy ktoś wyjeżdża z kraju, nie zawsze pozostaje widoczny w polskim środowisku.
Wróćmy do początku. Co najbardziej zaskoczyło cię we Włoszech, kiedy po raz pierwszy zetknąłeś się z tamtejszą sceną?
To było prawie 20 lat temu. W 2004 albo 2005 roku wyjechałem na Erasmusa do Rzymu. Miałem zostać pół roku, zostałem prawie dwa lata.
Studiowałem wtedy w Krakowie i chciałem wyjechać za granicę. Moja wykładowczyni zasugerowała mi Włochy. Poszedłem za tą sugestią. W Rzymie się zakochałem. Studiowałem w ramach Erasmusa na Universita degli Studi di Roma La Sapienza, dostałem stypendium rządu włoskiego na projekt badawczy. Zacząłem bliżej poznawać włoską scenę.
Był to moment, kiedy na arenie międzynarodowej zaczynali być coraz bardziej widoczni tacy artyści jak Romeo Castellucci [reżyser teatralny, jeden z najważniejszych twórców współczesnego teatru – przyp. red.]. Odkrywałem teatr interdyscyplinarny. To bardzo mocno wpłynęło na moje zainteresowania teatrem i sztukami performatywnymi.
Znałeś włoski?
W ogóle. To było bardzo formacyjne doświadczenie. Trafiasz do kraju, w którym angielski nie bardzo ci pomaga, więc musisz znaleźć nowy sposób na siebie.
Po dwóch latach wyjechałem już ze znajomością włoskiego. Napisałem też magisterkę o teatrze włoskich futurystów, którą później wydałem jako książkę.
Odwiedziłeś już wtedy Santarcangelo?
Tak. I to było dla mnie ogromne odkrycie. Wcześniej o nim nie słyszałem.
Zafascynowała mnie sama idea festiwalu o progresywnym charakterze, który odbywa się w mieście liczącym około 20 tysięcy mieszkańców. W Polsce długo mieliśmy przekonanie, że pewne rzeczy mogą się wydarzać tylko w dużych miastach i dużych instytucjach, dla stosunkowo ograniczonego grona odbiorców. Santarcangelo pokazywało, że wcale nie musi tak być.
Oczywiście wymaga to długofalowej i konsekwentnej pracy. Nie tylko ze środowiskiem artystycznym, ale też z lokalnymi władzami, polityką i różnymi uczestnikami debaty publicznej.