Zielona dolina niesamowitości
Googlowe sny uwodziły swoją oczywistą nierealnością. Tymczasem dzisiejsze produkcje AI starają się jak najdokładniej naśladować rzeczywistość, ale ponieważ wciąż nie czynią tego idealnie – budzą niepokój (to zjawisko psychologiczne japoński robotyk Masahiro Mori nazwał „doliną niesamowitości”). Koniec rzeczywistości ufundowany na technologiach deep fake i fałszywych obrazach, a także problemie z naruszaniem praw autorskich – czy też zwykłą ludzką przyzwoitością – sprawiają, że AI spotyka się z krytyką. To smutne o tyle, że oto dostaliśmy w swoje ręce tak cudownie intrygujące narzędzie: maszynę produkującą sny – ale nie możemy się nią cieszyć.
Te napięcia i rozpoznania towarzyszą wystawie The Double Face of Progress – części holenderskiego biennale Noorderlicht Photo odbywającego się pod tytułem Machine Entanglements – trwającej do 7 września w byłej fabryce Niemeyer, która niegdyś była „dumnym symbolem przemysłowego rozwoju Groningen”.
Kontekst miejsca wpływa na odbiór, po kilku godzinach spędzonych w liminalnych labiryntach komunikacyjnych heterotopii znalazłem się w innym świecie: malowniczym, rozkosznie mieszczańskim Groningen. Przybysza z Polski – rozpędzonego, turbokapitalistycznego kraju starającego się nadrabiać dekady opóźnień – czeka tu szok kulturowy, nie tylko słynna dominacja rowerów i infrastruktura drogowa, w której są priorytetem, ale też sklepy zamykane o 18:00, zamiast 22:00.
Cała cyborgizacja, której się poddałem – nadzorowany przez aplikacje pozwalające zawsze zdążyć, słuchawki tłumiące hałas miasta, tu wydawała się zbędna. Podobnie jak zegarek z funkcją przypominania, że warto by pójść na spacer.
17 minut i 8 sekund – tyle, wedle medycznych wskazówek, powinna wynosić dzienna dawka obcowania z przyrodą, pozwalająca mózgowi się zrelaksować i odpocząć. W przewrotnej pracy Green Dose Florinda Ciucio, belgijska artystka wizualna, zaprasza zwiedzających do spędzenia tych kilkunastu minut w medytacji przed filmem przedstawiającym naturę. Drzewa, góry, strumyk, dźwięki wprawiające w błogość, ale tylko na chwilę – potem doświadczenie staje się alienujące. Zaczynamy zwracać uwagę na umieszczony pod ławeczką projektor, widoczne piksele, trzaski głośnika. Wreszcie (albo dopiero po lekturze przewodnika: dałem się nabrać) okazuje się, że sam obraz jest fałszywy – został wygenerowany przez AI, a dźwięk to tzw. różowy szum, bardziej naturalny niż popularny biały szum używany przez zmęczonych opiekunów do usypiania dzieci.
Czy takie ekrany będą towarzyszyć nam w przyszłości w schronach przeciwpogodowych, z których nie będzie się wychodziło z powodu morderczego słońca, wiatrów lub deszczu, gdy drzewa będą rodzić kamienie, jak na fotografiach z cyklu I saw a tree bearing stones in the place of apples and pears, które z kolei przedstawiła polska artystka Emilia Martin?
Neuromancer Gibsona zaczyna się słynnym zdaniem porównującym kolor nieba do monitora ustawionego na nieistniejący kanał. Dziś na śpiących ekranach mamy wygaszacze, a na nich dzieła sztuki – lub właśnie przyrodę, zapierające dech pejzaże czy też dzikość natury uchwyconą przez obiektyw w rozkoszny obrazek: oto dwa niedźwiadki. Laptopy po uruchomieniu mamią technikolorową rzeczywistością, wspaniałością prawdziwego świata. Technika bardzo chce przypominać o naturze; gry wideo takie jak Witcher 3 czy Death Stranding 2 przyciągają nie tylko fabułą, ale detalicznym odwzorowaniem przyrody.