1 listopada w Polsce jest Święto Wszystkich Świętych, a następnego dnia – Dzień Zaduszny. Proszę opowiedzieć o historii tych świąt.
Święto Wszystkich Świętych zostało ustanowione w IX wieku i dotyczyło wszystkich świętych, nawet tych, którzy nie są wyniesieni na ołtarze, wszystkich bezimiennych świętych, tak to można nazwać. Około 100-150 lat później dołączono do niego Dzień Zaduszny, który nie dotyczy już świętych, lecz zmarłych, których dusze czekają w czyśćcu. Wierzono wówczas, że trzeba wykonać różne zabiegi, aby im pomóc. To od nas zależało w gruncie rzeczy, czy dusza z czyśćca trafi do nieba.
Potem to się zaczyna rozwijać. Zapada decyzja, że pochówki mają miejsce na cmentarzach. Kto jest właścicielem tych cmentarzy? Z jednej strony związki wyznaniowe. To tak zwane cmentarze parafialne. Natomiast na początku XVIII wieku w różnych krajach powstaje również administracja bardziej laicka, odpowiadająca za to, kto i gdzie będzie pochowany. W ten sposób powstają cmentarze komunalne. Współcześnie dalej są te dwa typy nekropolii. Tyle tylko, że osłabło znaczenie denominacji religijnej i na cmentarzu – na przykład – chrześcijańskim może zostać pochowana osoba niewierząca, jeśli nie ma gdzieś w okolicy cmentarza komunalnego. W ogóle wiele rzeczy się tutaj zmieniło. Na przykład zwyczaje dotyczące pochówku osób, o których mówi się, że zmarły śmiercią nagłą. Kiedyś nie chowano ich na cmentarzach, a teraz tak.
Reprodukcja obrazu: Antoni Jan Austen, "Mara" z "Tygodnik Ilustrowany" 1897, nr 44 (30 października), s. 857, fot. Muzeum Narodowe w Warszawie
Poza tym, do XIX wieku cmentarze funkcjonowały trochę jak miejsca do wywoływania duchów. Wierzyliśmy, że prosząc kogoś albo zostawiając jakiś datek – na przykład pokarm – na cmentarzu, gwarantujemy duszy, że nie będzie się błąkać, tylko trafi do czyśćca. To znów wiąże się z całą konstrukcją dotyczącą tego, gdzie przebywają dusze zmarłych i czy one w ogóle istnieją.
To trudne do wytłumaczenia ze względu na to, że cmentarz łączy dwie sfery: religijną oraz sferę wierzeń tradycyjnych. One cały czas się ze sobą ścierają. Tę walkę najczęściej wygrywa kościół, który mówi, że to on ma władzę nad duszami. Z drugiej strony, jeśli popatrzymy na to od strony osoby idącej na cmentarz, to ona ma władzę, bo może robić, co chce.
W Polsce najbardziej znanym symbolem związanym z 1 listopada jest ogień i znicz. Można na to patrzeć historycznie: początkowo znicze nie były bardzo popularne, bo były po prostu drogie – świeczkę należało najpierw zrobić. Dziś świeczka powstaje najczęściej z ropy, kiedyś była to technologia niedostępna Chyba że świeczka była woskowa, tyle że wówczas była bardzo droga. Znicz jest zatem rodzajem tego, co etnografowie określają mianem tradycji wynalezionej. Natomiast już sam ogień i symbolika ognia – nie. To już jest obudowane bardzo długimi opowieściami, włącznie z pochówkiem całopalnym. Ogień ze śmiercią związany był od zawsze.
Czy to prawda, że w czasach przedchrześcijańskich Słowianie spalali swoich zmarłych?
Z tego, co wiem, to nie były ciałopalne pochówki. Natomiast tak, palono ognie już na grobach, ogniska nawet. Nie znalazłem informacji o istnieniu pochówków palnych.
Dlaczego największe chrześcijańskie święta zbiegają się z przesileniami?
Na naszym obszarze były momenty w roku, w których bliskość świętości czy bliskość innych bytów była dużo większa niż normalnie. To kilka takich momentów w roku: Zielone Świątki, Wielkanoc, Boże Narodzenie i właśnie przełom jesienno-zimowy. Trudno w tym przypadku o wyjaśnienie racjonalne. Natomiast wytłumaczenie etnograficzne mówi o tym, że to były okresy przejścia, czyli momenty niestabilności, które otwierały wrota lub możliwość komunikacji z duszami, z duchami. Między innymi wtedy miały do nas dostęp złe moce. W taki sposób się to tłumaczy – nie na poziomie racjonalności, ale zwyczajów i praktyki, za którymi stoi cała historia tłumacząca te nasze działania.
Reprodukcja obrazu: Stanisław Bagieński, "Wieczerza ofiarna"; z: "Tygodnik Ilustrowany" 1904, nr 44 (29 października), s. 839, fot. Muzeum Narodowe w Warszawie
Na przykład ogień my współcześnie tłumaczymy jako symbol pamięci o zmarłym: nie wszystek umrzesz i tak dalej. Natomiast wcześniej ogień miał inne znaczenia. Dusza zaczyna po śmierci wędrować, przemieszczać się pomiędzy światami, więc trzeba ją przywołać. Ogień miał stanowić punkt, do którego ona ma dążyć. Poza tym dusza mogła się przy tym ogniu ogrzać. I jeszcze jeden element: było wiele "nieproszonych" dusz, które ogień miał odpychać. Więc to jest bardzo wieloznaczne.
Współcześnie prawie nic z tego nie pozostało. Mamy fizykę, biologię czy chemię, które nam tłumaczą świat. Nie potrzebujemy już ogniska, żeby przywołać dusze. Natomiast pozostaje nam pamięć o drugim człowieku. Współcześnie znicz na cmentarzu chrześcijańskim jest po prostu sposobem, aby pamiętać. I to nie jest tak, że trzeba przywoływać tę osobę. Po prostu sam fakt uczestnictwa w rytuale jest już świadectwem tej pamięci.
To święto zrobiło się teraz mocno komercyjne, są różne rodzaje świeczek, związana jest z nim konsumpcja. Czy to nie zniszczyło duchowego wymiaru tego święta?
Czy jest komercyjne? Jest, tak jak nasz świat jest komercyjny. Dla mnie komercyjność świata nie jest niczym złym, po prostu jest jego naturą, w której funkcjonujemy. Niewielu z nas umie zrobić świeczkę, więc musimy ją kupić .
Pan powiedział na początku, że kiedyś dusze zmarłych potrzebowały naszej pomocy. Mnie się zawsze wydawało, że jest odwrotnie, że to my zwracamy się do nich po opiekę.
Reprodukcja obrazu: Stanisław Bagieński, "Cmentarz w noc "Dziadów": Duchy spieszą do rodzin", z: "Tygodnik Ilustrowany" 1904, nr 44 (29 października), s. 838, fot. Muzeum Narodowe w Warszawie
Jeszcze 100 lat temu, zgodnie z tym, jak ludzie rozumieli wówczas świat, niebo i gwiazdy odzwierciedlały to, co dzieje się na Ziemi. Na przykład spadająca gwiazda to był odchodzący, umierający człowiek. Tak nam zostało. Dlaczego o tym mówię? Bo co robimy, kiedy spadają gwiazdy? Wypowiadamy jakieś życzenie, a gwiazda znika. Ta gwiazda reprezentuje człowieka odchodzącego do innego świata, który może tam zanieść nasze życzenie. Ale on też potrzebuje wsparcia. Są nim nasze modlitwy, usankcjonowane przez kościoły i związki wyznaniowe. Elementem ludowym jest tu nasza wiara, że możemy zmarłemu przekazać prośbę i on się za nas wstawi u tego, do kogo pójdzie.
Ale czy my potrzebujemy tej wiary w zaświaty? Ja na przykład lubię Epikura. On w ogóle nie potrzebował nieba. Wystarczało mu życie doczesne.
W tej chwili każdy człowiek może sobie wybrać, czy potrzebuje takiej opowieści, czy nie. Możemy też zmienić religię i przyjąć nowy zestaw wierzeń. Są ludzie, którzy mówią, że tak, potrzebujemy transcendencji. Są też tacy, którzy mówią, że jej nie potrzebujemy. Nie ma jednej odpowiedzi na to pytanie.
Czy możliwy jest świat, który nie miałby tych trzech wymiarów: ziemi, niebios i sfery chtonicznej, a miał tylko jeden? Jak on mógłby wyglądać?
Takim jednym wymiarem jest nauka. Jest ona wielkim mitem, który próbuje wytłumaczyć świat. I w momencie, kiedy wierzymy tylko w naukę, akceptujemy, że po śmierci nie ma nic. Kończy się nasza biologia – kończy się nasz świat. Widocznie niektórym ludziom to nie wystarcza...
Czy z 1 listopada jest związane coś radosnego?
Cmentarz Powązkowski w Warszawie, fot. Jacek Marczewski/AW
Nie wiem, dlaczego tak się stało, że święto Wszystkich Świętych ma w Polsce tak melancholijny i smutny wymiar. Wiemy o tym, że są na świecie miejsca, gdzie to święto jest dużo weselsze. Na przykład, jeżeli popatrzymy na Meksyk. To też katolicyzm, tyle że w Meksyku ma on inny ludowy rys. Zresztą nawet w Polsce ludzie nie wypowiadają się o tym święcie w kategoriach smutku, lecz wspomnienia. A wspomnienie nie musi być przecież traumatyczne. Może być dobre i dawać nadzieję.
Sokrates się nie smucił, że ma umrzeć, bo mówił, że jeśli śmierć jest przejściem duszy z jednego świata do innego, to on tam spotka się z Orfeuszem, Hezjodem i Homerem, a więc będzie miał wyborne towarzystwo.
On jeszcze to tłumaczył tą ziemską przyczyną, że psioczył na swoją żonę, prawda?
W innych słowiańskich krajach, na przykład w Ukrainie, ludzie odwiedzają groby zmarłych w okolicach Wielkanocy. Skąd ta różnica?
Ołtarz w kaplicy na cmentarzu Obrońców Lwowa, wydawnictwo: "Straży Mogił Polskich Bohaterów", ca 1920, fot. Biblioteka Narodowa Polona
Wielkanoc też nakłada się na czas, gdy, jak to Pani nazwała, przenikają się ze sobą sfery chtoniczna oraz sfera bóstw. Dlatego znów potrzebujemy jakiegoś pośrednika. Najczęściej naszym kontaktem są dusze. To, jak sądzę, powód, dla którego się je wówczas wspomina. Oczywiście są też inne możliwości. Wprawdzie w obrzędowości początku listopada tego nie ma, ale bardzo często pisze się, że pośrednikami pomiędzy światami są różnego rodzaju zwierzęta. Taką rolę odgrywały choćby psy czy ptaki. Bezpośrednio związane ze śmiercią są sowy oraz kruki.
Człowiek próbował te ptaki karmić, czy w jakiś sposób z nimi współpracować?
Tych ptaków się po prostu obawiano. Wyczuwało się strach wobec nich, bo one zwiastowały śmierć.
Młode pokolenie Polaków coraz mniej chodzi do kościoła. Czy to wpłynie na to, że 1 i 2 listopada będą obchodzone mniej intensywnie?
Nie, bo według mnie to święto nie ma już charakteru religijnego, tylko zwyczajowy. Oczywiście na powierzchni jest warstwa religijna, ale ostatecznie święto to ma charakter taki, jaki przypisze mu osoba idąca na cmentarz. Poza tym, ponieważ święto toweszło w naszą, nazwijmy to , obyczajowość komercyjną równie mocno jak wszystkie inne, będzie ono dalej obecne.
Czy Halloween też jest nam potrzebny?
Jak najbardziej, bo jest to rodzaj innego spojrzenia. Nadanie temu okresowi rysu radości, żartu, "spuszczenia powietrza z balonika". Kultura nie ma charakteru jednorodnego, tylko jest zmontowana z wielu elementów, które bardzo często do siebie kompletnie nie pasują. Więc ja nie widzę żadnego zagrożenia w tym, że Halloween funkcjonuje w przedszkolach, w szkołach i w różnych innych miejscach. Jest to też dużo ciekawsze. Co więcej, przy odpowiednio szerokiej interpretacji możemy opowiadać na bazie tego święta o… migracji, bo Halloween to jest taki, nazwałbym to, reimport. Jako celtyckie święto wyemigrowało ono wraz z ludźmi do Stanów Zjednoczonych, tam przybrało pewną formę i w tej formie wróciło do Europy. Z jednej strony mamy zatem migrację ludzką, bezpośrednie przeniesienie pamięci, natomiast w drugą stronę jest to migracja informacyjna, bo Halloween nie wraca z ludźmi i ich tradycjami, lecz jako strumień informacji.
Cmentarz w Lachowiczach, 1915, fot. Biblioteka Narodowa Polona
Wielu moich znajomych, którzy są przecież wykształconymi ludźmi, wierzy w takie rzeczy: podkowa przynosi szczęście, odpukać w niepomalowane drewno… Dlaczego?
Nasza świadomość nie jest tylko i wyłącznie racjonalna, każdy z nas ma w sobie ten pierwiastek… nawet nie wiem, jak to nazwać. Splunąć przez lewe ramię nie zaszkodzi przecież w momencie, kiedy się przechodzi pod drabiną, a zawsze może pomoc (śmiech).
To mi przypomniało zakład Pascala: nie wiemy, czy Bóg jest, ale przecież nie zaszkodzi, jeśli będziemy uważać, że jednak tak, a jeśli po śmierci okaże się, że On istnieje, to nam może pomoc. Czy więc trzeba wierzyć w Boga i nieśmiertelną duszę?
Nie wiem, czy trzeba (śmiech). Tego problemu nie pomogę rozwiązać.