Magdalena Felis: W "Ederly" jest wszystko to, co jest w kinie Piotra Dumały. Monochromatyczny świat, rozpięty między wszystkimi odcieniami szarości, zamieszkały przez bohaterów, których struktura jest niejasna i zmienna, a przestrzeń, w której żyją, zdradliwa i zmienna.
Piotr Dumała: Wszystko jest jak w animacji, tylko nie ma animacji.
Ale uderzyło mnie coś innego. To, że na "Ederly" pęka się ze śmiechu!
Bo życie jest śmieszne. Wystarczy spojrzeć pod dobrym kątem. Ale ja znam też takich ludzi, którzy na seansie "Ederly" wcale nie pękali ze śmiechu. I nawet nie dlatego, że powszechnie się myśli, że jak Dumała, to będzie poważnie. Mój kolega Jerzy Kucia powiedział mi, że to jest zabawne z pozoru. Na zasadzie, że ktoś się potknął, walnął ryjem o ziemię i było śmiesznie, tylko że później okazało się, że umarł.
To jest suspens!
Wojna na ciastka jest śmieszna, dopóki ktoś kogoś przypadkiem nie zabije. Z drugiej strony: ludzie lubią się śmiać z nieszczęścia. Wszystkie gagi na tym polegają!
A Ty wiesz dlaczego tak jest?
A Ty?
Może chodzi wciąż o to samo: o oswajanie nieszczęścia i naszej własnej śmiertelności.
Może tak. Ale przeszliśmy do śmierci, a przecież „Ederly” nie jest o śmierci! Jeśli ktoś już chce, to może to być o życiu pozagrobowym. Był nawet pomysł, żeby tak zakończyć film. Że nasz bohater Słow, grany przez Mariusza Bonaszewskiego, pojmany przez policję, zaczyna się denerwować w rozpędzonym radiowozie. I mówi: „Panowie, panowie! Tak pędzimy – może zwolnimy, bo to się może źle skończyć!” A policjant z przodu odwraca się i mówi: "A od kiedy to umarli mieliby bać się śmierci?" I się śmieje. W tej formie film był puszczony do selekcji na festiwal Mar Del Plata, a potem, już na oficjalnym pokazie poszła wersja ostateczna – i jeden z selekcjonerów mówił mi później, że żal mu tego zakończenia.
A dlaczego je zmieniłeś?
Bo nie chciałem takiego dopowiedzenia. Jakbym nie wierzył w widza, który może to i tak od początku przeczuwać. A potem okazało się, że film niekoniecznie jest tak odbierany.
"Ederly" może być też opowieścią rozgrywającą się w schizofrenicznym umyśle Słowa, który przyjeżdża na prowincję odnowić kościół, ale na miejscu wchodzi w rolę zaginionego syna, do której przekonują go zupełnie obcy ludzie. Nie wierzy im, ale siłą rozpędu zaczyna grać tę rolę. Jakby oni wiedzieli lepiej, kim jest.
To może być też śledzenie międzyludzkich roszad. Bardzo realistyczna opowieść o kompletnie zagubionym człowieku. Przyjeżdża do obcego miasteczka zwyczajny facet, raczej outsider, ma jedną torbę jako cały dobytek i wysłużone ubranie. Nie ma pracy, skoro jej szuka na prowincji. Chce sobie poradzić na tym minimum. I od razu dostaje drogowskaz - chłopca, który mówi mu: nie idź tu, gdzie chciałeś, bo wioska ma dla ciebie inną rolę. Słow wchodzi w tę rolę, bo tak bardzo jest samotny i zagubiony. Nie wie, co ze sobą począć. Nie ma żony, nie ma rodziny - albo ją porzucił, albo jej nigdy nie miał. Nieoczekiwana propozycja domu jest dla niego taką atrakcją, że zgadza się pozbyć swojej tożsamości, żeby wejść w rolę kogoś innego.
Co może stracić?
Swoją samodzielność. Nie będzie już pracował jako konserwator, zarabiał na siebie jak dorosły facet, tylko stanie się synkiem mamusi, wrogiem brata i kochankiem pięknej służącej. I to go kusi. Jakby cofnął się w rozwoju. Potem mamy drugi wątek, kiedy Słow idzie wreszcie do księdza, u którego miał pracować jako konserwator i zostaje wzięty za jakiegoś innego konserwatora. Więc znów jest ZAMIAST. Bycie synem jest zamiast bycia konserwatorem, a bycie konserwatorem u księdza jest byciem zamiast innego konserwatora, który był bliźniaczo do niego podobny. Więc on jest cały zamiast.
Twoje filmy robią jeszcze coś innego – tak przekonująco tworzą rzeczywistość równoległą, że ucieczka w nią wydaje się czymś osiągalnym i możliwym. Daje poczucie wolności, która jest decyzją, stanem wewnętrznym. Kiedy w animowanej "Wolności nogi" tytułowa noga opuszcza nocą ciało mężczyzny i po prostu zaczyna żyć własnym życiem, myślimy: dlaczego nie?
Wszyscy pragniemy wolności – to jest chyba podstawowa wartość. Nawet jak jesteś najbiedniejszym człowiekiem na świecie, ale czujesz się wolny, to wygrałeś. Można mieć fortunę i być tej fortuny niewolnikiem. Wojtek Eichelberger mówił kiedyś o wolności od niewybranego – że to jest bardzo uwalniające: jesteśmy wolni od wszystkiego, czego nie wybraliśmy. To jest też nasze współczesne nieszczęście: poczynając od zakupów. W PRLu to było łatwe, teraz masz do wyboru 50 proszków do prania. Ale czym się różnią? Spędzasz czas zastanawiając się, który jest lepszy i dlaczego.
Czy Ty miewasz ochotę na ucieczkę od świata – tak jak Słow ucieka na prowincje?
Mnie raczej świat ciekawi. Staram się go nie oceniać, tylko patrzeć z równą ciekawością na wszystko. Mój wpływ na świat jest tylko taki, że uzewnętrzniam moją jego wizję, ale nie próbuję na niego wpływać w sposób czynny. Stawiam na stół: jeśli ktoś się poczęstuje - jesteśmy razem. Jeśli pominął to, nie zauważył, nie smakuje mu – to nie mogę go do tego zmusić.
Zastanawia mnie postać ojca w Twojej twórczości – cały "Las" rozgrywa się wokół ojca, w "Ederly" - jak się dowiadujemy – ojciec mieszka pod podłogą. Jest obecny i nieobecny jednocześnie.
Rzeczywiście często sięgam po postać ojca albo też starszego mężczyzny – jak w "Łagodnej" czy "Zbrodni i karze". Fascynuje mnie postać mądrego starca. Jak w baśniach – pustelnik, mędrzec, który daje bohaterowi kluczową radę albo talizman. W obu moich aktorskich filmach ojciec jest postacią na wpół z tego świata – w "Lesie" jest umierający, w "Ederly" być może już nie żyje. Jest to raczej rodzinny mit – istnieje w opowieści matki, trochę drwiącej, trochę patetycznej. Ma to pewnie korzenie autobiograficzne: mój ojciec był osobą kontrowersyjną, ciekawą, trudną do rozgryzienia. Skomplikowany człowiek, który był i nie był, wciąż zanurzony w pracy. Miałem z nim bardzo nikły kontakt. Właściwie dopiero tuż przed śmiercią byłem z nim najbliżej.
Tak krytycy czytali Twój "Las".
Prześwietlenie układu rodzinnego: ojciec, matka, dzieci jest wielkim tematem. Brat z "Ederly", choć nie mam brata, jest również oparty na kimś z rodziny, a rozdwojenie głównego bohatera nawiązuje do mojego postrzegania siebie jako kogoś dobrego i silnego, a jednocześnie marnego, słabego. Nasz bohater przyjeżdża z zewnątrz, ale natychmiast staje się częścią tej rodziny. Ale przez to, że jest z zewnątrz, że jest podstawionym synem – choć być może nie - jest luźnym klockiem. Dzięki niemu lepiej możemy poznać te strukturę. Rodzina z "Ederly" rozsuwa się, żeby on wsunął się w czyjeś miejsce, ale on nie staje się do końca częścią tej rodziny. Podważa jej wiarygodność, jest papierkiem lakmusowym służącym do rozpoznawania tych układów rodzinnych, prawdy o nich.
Trochę jak w baśni, gdzie nie ma oporu środowiska, gdzie można się pod kogoś podszywać i długo nie zostać rozpoznanym – wbrew regułom prawdopodobieństwa.
Tak! W baśni przychodzisz na dwór i od razu spotykasz króla. Nie musisz pisać podania, czekać na pozwolenie. Bo jesteś śmiałkiem. Struktura baśni jest fantastyczna i chyba każdy dramat można porównać do baśni. Bo w baśni wszystko jest uniwersalne: Kiedy? Dawno, dawno temu. Gdzie? Za siedmioma górami. W miejscu, którego tak naprawdę nie ma. Albo które jest wszędzie. Takie jest Ederly – to przestrzeń wewnętrzna, nie wiemy, gdzie jest, jak daleko od miasta. Dostajemy tajemnicze wskazówki „ Przecież nasza rodzina nie pochodzi stąd” mówi matka "Ojciec zawsze bał się o tym mówić". Może byli Żydami, przesiedleńcami. Nie rozpoznajemy ani czasu, ani miejsca. To jest Polska trzech zaborów.
Trudno mi sobie wyobrazić inną Polskę – taką "czysto polską". Polska jest ulepiona z całej różnorodności jej historii.
Wpływy zaborów są dla mnie ciekawe, bo stworzyły miejsce, które jest ich wypadkową. Nie da się ich już nazwać ani oddzielić: czy to jest tu czy tam. Wszystko się ze sobą miesza, przenika wzajemnie. To jest zapisane w naszej głębokiej tożsamości. To że mamy tu Łemków, Kurpiów, Pomorzan, Mazurów, Górali, Ślązaków, ludzi z Bieszczad. Tu były największe skupiska Żydów, ale tu też byli Niemcy, Rosjanie, Ukraińcy, Białorusini, Prusowie. Nikt nie wie, jaką ma domieszkę w sobie. Mnie to fascynuje jako zbiór nakładających się na siebie rożnych świadomości. Może ten film jest właśnie zbiorem różnych warstw świadomości. Może to jest świat kundli – nie wiadomo ile rasowych psów się złożyło na tego kundla. Wszystkie były rasowe, a on jest kundlem. I przez to jest najbardziej rasowy, bo ma sto ras w sobie, chociaż ma za krótkie nogi i za duży łeb.
Ale za to żelazne zdrowie!
I mądrość. Jak spojrzysz mu w oczy, to czujesz w nich mądrość tych wszystkich pokoleń.
Rozmawiała Magdalena Felis