Filip Lech: Razem z Capellą Cracoviensis zrealizowałeś spektakl oparty na pierwszej wersji ''Halki'', dwuaktowej, skomponowanej w 1848 roku w Wilnie.
Cezary Tomaszewski: Stanisław Moniuszko skomponował wileńską ''Halkę'' krótko po pierwszym tomie ''Śpiewnika domowego''. Prapremiera odbyła się w salonie teściów Moniuszki, w domie Mullerów. To była wersja półsceniczna, koncertowa – tak to sobie przynajmniej wyobrażam. To musiało być wzruszające wydarzenie. Do wykonania zaprosił ludzi z kościoła, w którym grał na organach – amatorów, kolegów – rodzaj Schubertiady.
To dość niezwykłe, jeśli porównać to z mitologią, która narastała wokół tego utworu. Jest to opera narodowa, której tak naprawdę nikt nie zna w całości (jedynie trzy arie). Żaden realizator, moim zdaniem, się nad tym nie pochylił. Wersja wileńska, nie ma żadnych ozdobników. Jest opowiedzeniem historii bez oddechu, bez żadnych wątków pobocznych. Wydawała mi się cenna, jako powrót do źródeł. Razem z instrumentami z epoki, składem chóralnym i z lżejszymi głosami, niż te znane z późniejszych wersji ''Halki''.
Śpiewnik mój zawierać będzie zbiór śpiewów na jeden głos z towarzyszeniem fortepianu. Wiersze starałem się wybierać z najlepszych naszych poetów. (...) Nawet słabsza muzyka, która się mniej szczęśliwie uda, przy poezji celującej zyszcze dla siebie pobłażanie; a to co jest narodowe, krajowe, miejscowe, co jest echem dziecinnych naszych przypomnień, nigdy mieszkańcom ziemi, na której się urodzili i wzrośli, podobać się nie przestanie – pisał Moniuszko o jednym ze swoich najważniejszych życiowych projektów, "Śpiewniku domowym".
Inspirowaliśmy się poematem Włodzmierza Wolskiego, na jego podstawie napisał później libretto. On napisał utwór, który jest bardzo ostry w wymowie. Halka bierze tam ślub z Januszem; kiedy Janusz wyjeżdża, jego matka organizuje lincz na Halce. Ona jest rozebrana do naga, oblana miodem i pierzem. Potem zamordowana, razem ze swoim dzieckiem. Janusz wraca, kiedy się o tym dowiaduje zabija swoją matkę, później siebie. Hard-core, prawda? Na potrzeby opery to złagodzili.
Jakie wyzwania stawia przed reżyserem ''Halki''?
Kiedy wziąłem się do pracy byłem dosyć przerażony. Wydawało mi się, że trudno zrobić żywy teatr z dzieła, które jest dowodem w drodze dojrzewania kompozytora. Ta wersja rozpoczyna się wręcz operetkową muzyką: te wszystkie polonezy; ''Pobogłosław, pobogosław ojcze'' z koloraturami. Muzycznie, jest to dość, jakby to powiedzieć… Idiotyczne. Potem pojawia się Halka, wnosząca pewien powiew szlachetności, słowiańskiej melancholii. Kolejny numer to duet, który trwa chyba 17 minut. Jest zbudowany z czterech-pięciu melodii, to wiązanka hitów melodycznych. Te motywy są długo powtarzane, pomiędzy nimi są tylko krótkie, nazwijmy to ''recytatywy minimalne''. Efektowne wykonanie tego duetu na scenie jest ciężkie. Przez pięć minut śpiewają: ''Mój sokole'', potem kolejne pięć minut: ''Szczęście i raj'' i tak dalej. Dramaturgicznie to siada. W wersji, którą zrealizował po przeprowadzce do Warszawy w 1858 roku, bardzo dobrze to okroił. Z kolei akt drugi jest dramaturgicznie idealny, jak w tragedii antycznej z chórem, który komentuje, zadaje pytania. To wszystko dąży do tragedii.
Do spektaklu włączyliście nową postać, Marię Fołtyn. Śpiewaczkę, która straciła swój głos, propagatorkę twórczości Moniuszki na całym świecie. Czy według ciebie ''Halka'' jest uniwersalna?
Na początku byłem przerażony ''Halką'', ale teraz jestem jej totalnym fanem. Maria Fołtyn chyba zjadła mnie od środka. Nie mogłem sobie wyobrazić, że ona kiedyś emitowała takie piękne dźwięki. Ona straciła swoje życie, żeby udowadniać, że ''Halka'' należy do światowego kanonu oper. Stawiała nacisk na polskość Halki, co chyba nie jest najlepszym podejściem. Uniwersalna jest bohaterka: dlatego pod koniec spektaklu w scenografii pojawia się cmentarz wielkich ról operowych. Aktorzy-melomani podpinają się słuchawkami do ich grobów, na cmentarzysku leżą między innymi: Lulu, Tosca, Madame Butterfly, Madame Lescaut, Łucja z Lammermooru i Traviata. To jest to, z czego my, melomani, czerpiemy emocje. Z wsłuchiwania się w najpiękniej konające kobiety w literaturze operowej. Bez nich nie ma tej sztuki.
Diwa: jej funkcja, misja, talent. Gardło, które wyśpiewuje niewyobrażalny ból. Gardło to najbardziej delikatny i wrażliwy mięsień ludzki, reaguje na każdą ludzką emocje – radość, wzruszenie, strach. Zaciska się, krzyczy. Wydobywa z siebie wibracje, które wchodzą w nasze ciała podskórnie. Powodują, że nawet jeśli jesteśmy sceptyczni, co do teatru operowego, to i tak trudno nam odeprzeć reakcję na głos wielkich diw. Trzeba być głuchym, żeby nie wzruszać się kiczowatą, ale efektowną śmiercią Mimi w ''Cyganerii'' Giacomo Pucciniego. To jest coś rozdzierającego. Z tego powodu Halka jest uniwersalna.
''Halka'' jest też dzieckiem swoich czasów.
Moniuszko był mądrym, wrażliwym człowiekiem. Oddanym narodowi, polityce – to było u niego ekstremalne. Pisanie opery poświęconej chłopom, po Jakubie Szeli i rabacji galicyjskiej, to było bardzo radykalne. Przynajmniej w wersji wileńskiej, w warszawskiej to się rozpłynęło w ludowiznę, oczywiście z powodów komercyjnych. Powoływał się na wzorce paryskie: w drugim akcie musi być balet – to walnął mazura. Taka grand opera w stylu ludowym.
Spektakl rozpoczyna się od puszczonej w tle arii z ''Toski'' Pucciniego, przetłumaczonej na polski, zaśpiewanej przez Marię Fołtyn.
Kiedy ją poznałem, nie wiedziałem, że była śpiewaczką. Miała najbardziej żabi, ropuszy głos, jaki słyszałem w życiu. Jak znalazłem te nagranie, to oszalałem. W latach 60., 70., ludzie przychodzili do opery i pytali, czy spektakl będzie śpiewany w języku polskim. Chcieli podążać za akcją, jeszcze nie było w teatrach napisów. Jesteśmy przyzwyczajeni do słuchania opery w języku obcym, mamy szczęście, że nie jesteśmy Niemcami. Wtedy słuchanie Bacha byłoby nieznośne.
Ta Tosca brzmi, jak...
Moniuszko.
No, właśnie, jak Moniuszko, na maksa. Ona śpiewa to bardzo pięknie, ale z manierą, która dzisiaj jest już niespotykana. Dziwny melodramatyzm, przedniojęzykowo-zębowe ''Ł''. Wydawało mi się to niesamowite, właśnie w kontekście mierzenia uniwersalizmu ''Halki''. Czy ''Tosca'' jest bardziej uniwersalna? Tak naprawdę wynika to z osobistych uprzedzeń i złym traktowaniu teatru muzycznego. Czy po włosku, czy po polsku.
Sam wybrałeś ''Halkę''?
Nie, to propozycja festiwalu Opera Rara i Capelli Cracoviensis. Bardzo chciałbym, żeby to nagrali, jest mało nagrań ''Halki''. Jest na przykład wersja Orkiestry Teatru Wielkiego pod dyrekcją Roberta Satanowskiego z Barbarą Zagorzanką, która imituje Marię Fołtyn. Mam w domu tysiące nagrań operowych, chciałbym mieć Halkę, która mnie nie osłabia.
Wileńska ''Halka'' ma jedno nagranie, które jest trudno dostępne. Nagrała to Opera Kameralna (do tej pory ją grają). To taka nadstatyczna inscenizacja, wszyscy stoją bez ruchu w ciasnej sali operowej, pobrzebierani w kostiumy.
Wracając do ''Śpiewnika domowego'', przepraszam, że o tym cały czas mówię, ale kiedy miałem 11 lat, odbiło mi na jego punkcie. Śpiewałem wtedy u Fołtyn. Teraz chciałem to sobie przypomnieć, to wspaniała muzyka. Szukam nagrań – nie ma żadnych ciekawych! Poza wersją Marka Grechuty, zaśpiewał trzy pieśni. Tam jest wszystko, co widzę w pieśniach Moniuszki – liryzm, poczucie humoru, ironia.
Pozbawiłeś Moniuszkę dwóch podstawowych cech, z którymi łączy się jego sylwetkę w naszej kulturze – ludowości i patriotyzmu. Kim jest dla ciebie Stanisław Moniuszko?
Przede wszystkim dobrym kompozytorem. To jest dla mnie muzyka, nie historia. Historia tłumaczy się sama. Chciałem pokazać, jak nasza rzeczywistość jest budowana z różnych puzzli, które nie są czarno-białe. Nie da się przenieść XIX-wiecznego konfliktu klasowego na świat dzisiejszy.
Opisany przez Wolskiego przeskok z sytuacji linczu do kościoła jest absolutnie porażający. To są ci sami ludzie. Pokazuje ich świątobliwość i wampiryczną chęć zemsty. Zemsty za popsucie im szczęśliwej opery. ''Halka'' zaczyna się operetkową, wodewilową materią, ale nagle przychodzi dziewczyna, która im to wszystko psuje. W kontekście teatralno-operowym jest to zemsta starych dziadów na młodym duchu. Mam wrażenie, że to strasznie uniwersalne, na każdym poziomie.