Polityczne uwikłania gdyńskiej imprezy nie były jednak jedynym powodem towarzyszących festiwalowi skandali. Czasem ich przyczyną bywały też obyczaje, o czym przekonali się uczestnicy festiwalu z 2006 roku. Wszystko za sprawą Anny Muchy, która miała prowadzić festiwalowe pokazy. Aktorka nie tylko pozwalała sobie na niewybredne żarty z jurorów, dwuznacznie komentowała tytuł filmu Francuski numer Roberta Wichrowskiego, a o innym filmie powiedziała ze sceny, że jest nudny. W dniu piątej rocznicy zamachu na World Trade Center aktorka wystąpiła w sukni odsłaniającej plecy, co przez wielu zostało uznane za niestosowność. Zachowanie Muchy na tyle rozsierdziło część uczestników, że aktorka Dorota Stalińska ze sceny powiedziała, iż jest oburzona jej zachowaniem, a organizatorzy postanowili jeszcze w trakcie festiwalu zakończyć współpracę z konferansjerką, zastępując ją Tamarą Arciuch. „Uznaliśmy, iż formuła prowadzenia, zaprezentowana przez panią Annę Muchę, nie pasuje do takiego wydarzenia, jakim jest festiwal” – tłumaczyli organizatorzy.
Niewłaściwy, bądź nietypowy strój nie raz bywał tematem gdyńskich dyskusji. Choćby w 2024 roku, gdy Julian Świeżewski odbierał aktorską nagrodę ubrany w spódnicę, albo w 2012 roku, gdy nagrodzony za drugoplanową rolę męską w Jesteś Bogiem Tomasz Schuchardt wyszedł na scenę ubrany w luźne jeansy, beżowe trzewiki, bluzę z kapturem i czarną czapkę. I choć niektórzy widzieli w tym gest rebelianta, aktor tak tłumaczył swój strój w książce Film z widokiem na morze:
Nigdy nie negowałem uroczystej oprawy Festiwalu. Uważam jednak, że nie należy nikogo zmuszać do udziału w czymś, w czym się nie odnajduje. Ja się w tym nie odnajduję. Pamiętam, że czerwony dywan ciągnął się wtedy od hotelu Gdynia, aż po sam Teatr Muzyczny. Był to niezwykle długi pasaż cały wyściełany czerwonym dywanem. Byłem w dżinsach i bluzie z kapturem, a wszyscy wokół byli piękni i wystrojeni. W dodatku miałem kontuzję nogi i kulałem. Mój ubiór nie był jednak wyrazem sprzeciwu wobec systemu, lecz zwieńczeniem ogromnej pracy […]. Była to również forma hołdu dla kultury hip-hopu. Nie myślałem wtedy o Gdyni czy o bojkocie festiwalowego blichtru. To był ukłon dla wszystkich ziomeczków, którzy wiedzą, o co chodzi.
Historia gdyńskiej imprezy pełna jest mniejszych i większych skandali oraz barwnych anegdot, które w przewrotny sposób komentowały środowiskowe realia i polską rzeczywistość. Dość wspomnieć, że w 1991 roku, gdy nad Wisłą kwitło piractwo filmów, na festiwalu zorganizowano sesję poświęconą temu zjawisku – ale zanim do niej doszło, na towarzyszących festiwalowi targach wideo wybuchła afera, bo okazało się, że jedna z firm prezentowała filmy, na które nie miała licencji.
Wszystkie te skandale, choć barwne i nadające historii gdyńskiego festiwalu dodatkowego kolorytu, są jednak zaledwie przypisem do opowieści o imprezie, która stała się centrum środowiskowego życia i przestrzenią, w której ścierają się różne artystyczne wizje i pomysły na kino. Pozostaje więc mieć nadzieję, że przez kolejne półwiecze festiwalu jedynym źródłem wzburzeń i wielkich emocji pozostaną same filmy.