Boznańska nie wykazała się takim temperamentem, jak później Zofia Stryjeńska, która, aby studiować malarstwo na Akademii w Monachium, przebrała się za mężczyznę, ponieważ kobietom był tam wtedy wstęp wzbroniony.
Boznańska wyjechała do Monachium nieźle wykształcona już w Krakowie. Nie zarzucałabym jej braku temperamentu czy odwagi Stryjeńskiej, która znalazła się w Monachium blisko trzydzieści lat później, co wtedy stanowiło ogromną różnicę w sferze obyczajowości. Gdyby ktoś podpowiedział Boznańskiej, żeby pojechała do Paryża, gdzie już wcześniej Anna Bilińska ukończyła regularne studia malarskie, to pewnie i jej by się udało. Ale polskich artystów przyciągało Monachium; mieli tam pracownie tacy malarze jak Józef Brandt; a wcześniej Chełmoński, Czachórski, Fałat, Gierymscy, Kotsis czy Alfred Wierusz-Kowalski.
Trzeba też pamiętać o aspekcie genderowym: w tamtych czasach młode kobiety nie podróżowały same po świecie. Wysłanie panienki z dobrego domu za granicę wymagało albo wysłania razem z nią "opieki", czyli kogoś z rodziny, przyzwoitki, albo przynajmniej zapewnienie jej miejsca, gdzie mogła być otoczona opieką.
Wiadomo, że zarówno Brandt jak i jeszcze kilka osób z kręgów polonii monachijskiej, sprawowało na prośbę rodziców pieczę nad młodziutką malarką. Boznańska była szalenie zdolna i bardzo szybko określiła swoje zainteresowania: wybrała portret i była w tym konsekwentna. Ten portret się zmieniał. Od takich wspaniałych całopostaciowych Manetowsko-Whistlerowskich portretów w kierunku rozproszkowania, rozwibrowania powierzchni malarskich.
W Monachium, w Paryżu tworzyła głównie w zaciszu swojej pracowni. A czy rozstawiała sztalugi w plenerze, czy malowała pejzaże?
Pracownia to był rodzaj kokonu, którym Boznańska odgradzała się od świata. Wiele osób w pracowni przyjmowała, ale na swoim gruncie, na swoich warunkach. Chętniej przyjmowała niż bywała na zewnątrz. Pracownia zapewniała jej poczucie bezpieczeństwa, panowania nad sytuacją. Stopniowo,ponieważ dość długo żyła, stawała się trochę anachroniczna w swoim sposobie patrzenia na życie, na sztukę.
Cała biografia Boznańskiej i jej twórczość byłaby wspaniałym polem do badań psychoanalityków; jej związki z mężczyznami, przyjaźnie rozmaite, jej wycofanie od świata, podwójna świadomość: z jednej strony czuła się wielką artystką, bo miała absolutne poczucie swojego talentu i pozycji artystycznej, a z drugiej strony była takim kurczątkiem w życiu, była nieśmiała, niepewna siebie i dawała się wykorzystywać.
Nigdy nie malowała w plenerze, a jej pejzaże są widokami z okna pracowni - miejskimi widokami,najczęściej zamkniętymi murem. Na warszawskiej odsłonie wystawy zaaranżowaliśmy przestrzeń oddającą aurę pracowni malarki, którą wypełniają zachowane po niej pamiątki, meble, palety, rysunki,należące do artystki drobiazgi oraz archiwalne fotografie.

Olga Boznańska, "Wnętrze pracowni", 1895, wł. Muzeum Narodowe w Warszawie
Czy to, że tworzyła głównie w pracowni wpłynęło na jej paletę barw? Może zabrakło słońca i dlatego jej obrazy utrzymane są w tonach szarości, srebra, brązów, a nawet czerni?
To świadomy wybór artystki, której bezpośrednie światło przeszkadzało. Okna jej pracowni były zasłonięte tkaniną, szyby zakurzone, powietrze - jak wspominają jej modele i goście – niebieskie od papierosowego dymu. Nie pociągał jej ostry światłocień ani modelowanie bryły. Była mistrzynią niuansów, przejść kolorystycznych, najdelikatniejszego zróżnicowania tonów, zieleni, szarości, które z bliska okazują się bardzo złożone i bogate. Jej obrazy są subtelne i bardzo precyzyjnie skonstruowane, także fakturalnie. Przy pozornej delikatności mają wielką siłę wyrazu, wynikającą z "sięgnięcia do duszy" modela.
A jednak te zamglone obrazy niekiedy irytowały. Współczesny malarce krytyk Basler napisał, że "z uporem malowała i maluje wciąż te same 'zamazane' portrety, których średnie gusty znieść nie mogą".
No właśnie, "średnie gusty" - on to przecież napisał z ironią. Jego ocena odnosi się do "Portretu Zofii Kirkor-Kiedroniowej", który Basler też tak ocenił "Pańskie to, wykwintne, wyrafinowane".
Twórczość Boznańskiej eksponowana będzie w kontekście dzieł innych twórców.
Wystawa stawia sobie ambitny cel, aby pokazać obok prac Olgi Boznańskiej obrazy artystów, na których ona wywarła wpływ, albo których przywoływali jej biografowie. Zestawienie Boznańskiej z dziełami Whistlera, Edouarda Maneta, Eugene Carricre, Henri Fantin-Latoura i Edouarda Vuillarda oraz z drzeworytami japońskimi ukaże jej twórczość w perspektywie sztuki światowej.
Na wystawie warszawskiej będzie absolutna gratka: znakomity obraz pędzla Jamesa Abbotta McNeilla Whistlera "Harmonia w szarości i zieleni: Miss Cicely Alexander", wypożyczony na miesiąc z galerii Tate w Londynie. W tym wypadku pokrewieństwo ducha obrazów Whistlera i Boznańskiej, oczywiście z pewnej epoki, jest wyraźnie widoczne. Zachęcam do odwiedzin muzeum w pierwszym miesiącu trwania ekspozycji, bo wtedy można będzie go obejrzeć.