Tabor przyciągał do Tarnowa i okolic Romów z całej Europy. Czy doświadczenie integrowało społeczność cygańską?
Tylko jej wykształconą część. Większość Romów nie ma świadomości własnej kultury. Nigdy nie zastanawiali się nad tym, co oznacza bycie Cyganem. To się po prostu „wie”. Nie mają też styczności z instytucjonalną edukacją, która by ich tego uczyła.
Jak zapytasz Cygana, dlaczego coś robi się tak, a nie inaczej, usłyszysz: „no tak się zawsze robiło”. Romowie mają bardzo anegdotyczną wiedzę o własnej kulturze i bardzo łatwo przyswajają stereotypy o sobie. Kiedy robiłem badania wśród młodych Cyganów prowadzących zwyczajne, osiadłe życie od pokoleń, i pytałem ich o najbardziej istotne elementy kultury romskiej, odpowiadali że to ogniska, wędrówka, kolorowe spódnice. Nigdy nie wędrowali, przy ognisku nie siedzieli częściej niż pan czy ja, ale przez lata wchłonęli ten „gadziowski” stereotyp o swojej kulturze.
To nie dotyczy tylko ludzi młodych. Wiele lat temu do Muzeum przyszedł stary Cygan ze swoimi wnuczkami.
Nikt z personelu nie powiedział mu, gdzie jest wystawa cygańska, a on przez pomyłkę wszedł do sali poświęconej Indianom Ameryki Południowej. I opowiadał wnuczkom, wskazując na eksponowane przedmioty, że kiedyś Romowie nosili pióropusze, polowali z dzidami i łukami. Dopiero po chwili zobaczyłem go i pokazałem mu właściwą ekspozycję o Romach.
Ale dzisiejsi Romowie są już bardziej świadomi …
Dla wykształconych Romów z Europy nasze Muzeum oraz Tabor Pamięci są źródłami wiedzy o ich historii i tradycjach. Bo oni mają świadomość, że niewiele wiedzą o swojej kulturze, a tutaj mogą się o niej dowiedzieć z wiarygodnych źródeł. Ci ludzie zwykle mieli okazję zwiedzać muzea poświęcone kulturze Rzymu, Egiptu czy ludów Amazonii, ale wystawy poświęconej Romom nie widzieli, bo na świecie są tylko dwie – w Tarnowie i czeskim Brnie. No i skansen w Martinie na Słowacji. Przyjeżdżają więc tutaj, żeby poznać swoje korzenie.
W jednym z wywiadów mówił Pan, że z czasem nastąpiła w Panu pewna identyfikacja z Romami i że czasem bardziej czuje się pan Cyganem niż nie-Cyganem...
To może za dużo powiedziane. Po prostu wyznaję w życiu prostą zasadę: „kiedy kopią Żyda, to czuję się Żydem, kiedy kopią Cygana, czuję się Cyganem”. A przebywając w tych środowiskach, zupełnie nie czuję dzielących nas różnic, w tych kontekstach samoidentyfikacja zmienia się wręcz automatycznie, jak przechodzenie w rozmowie z cudzoziemcem na jego język.
Ja tak dawno i tak głęboko wlazłem w to romskie środowisko, że szybko przestałem być badaczem. Nigdy nie prowadziłem zdyscyplinowanych, naukowych badań. Po prostu żyłem w tym środowisku dość blisko i intensywnie, więc z czasem aż do przesady identyfikowałem się z Cyganami.
Co Panu daje ta bliskość?
Nie muszę zwracać uwagi na polityczną poprawność. Mogę mówić o Cyganach szczerze i prawdziwie. Ale to także ma swoje granice.
Jakie?
Gdyby na mój wykład poświęcony kulturze Romów przyszedł jakiś Rom, nie mógłbym mówić chociażby o sferze płciowości, która jest dla nich tabu. Ja mogę opowiadać studentom o bieliźnie damskiej, ale przy dorosłym Cyganie nie mógłbym nawet wypowiadać słowa biustonosz. U Cyganów się o tym nie mówi. Nawet o tym, że kobieta była w ciąży, czy też o porodzie, który jest zjawiskiem nieczystym.
W początku lat 50 pojawiały się entuzjastyczne raporty ze szpitali PRL-owskich o tym, jak wielkim sukcesem edukacyjno-cywilizacyjnym jest fakt, że wszystkie Cyganki rodzą w szpitalach. Ale prawda była nieco mniej romantyczna. Cyganka tradycyjna zawsze rodziła poza obozowiskiem – w specjalnym namiocie, który potem trzeba było spalić, bo był już nieczysty. To było kłopotliwe. Kiedy Romowie dostali prawo do opieki zdrowotnej, po prostu wyrzucało się kobietę do szpitala, i cała ta nieczystość związana z porodem przechodziła na szpital – nie trzeba było budować namiotu, potem go palić etc.