Wojciech Albiński, fot. Wanda Albińska
fot. Wanda Albińska

Prozaik. Urodził się 27 stycznia 1935 roku w Warszawie.

Ukończył stołeczne gimnazjum im. Wojciecha Górskiego, a następnie Wydział Geodezji i Kartografii na Politechnice Warszawskiej. W 1963 wyemigrował z Polski, początkowo mieszkał w Paryżu i Genewie, po czym przeniósł się do Afryki. Przez wiele lat mieszkał w Botswanie i w Republice Południowej Afryki. Pracował jako geodeta.

Początki jego literackiej aktywności przypadają na lata 50. XX wieku. Jako student uczestniczył w 1956 roku w zakładaniu dwutygodnika literackiego "Współczesność". Na łamach tego pisma publikował wiersze i krótkie formy prozatorskie. Należał do Koła Młodych przy ZLP w Warszawie. Po wyjeździe z Polski kilka wierszy i opowiadań ogłosił w paryskiej "Kulturze".

Jednak prawdziwy debiut pisarza miał miejsce dopiero w 2003 roku. 68-letni wówczas Albiński opublikował pierwszy zbiór opowiadań afrykańskich "Kalahari", za który otrzymał w 2004 nagrodę im. Józefa Mackiewicza i nominację do literackiej nagrody Nike. Dotychczas wydał pięć książek. Jego stałym tematem jest Czarny Ląd, historyczne i społeczne przemiany tego kontynentu. W swojej twórczości porusza tematy zderzenia kultur, krwawych konfliktów plemiennych, apartheidu i uprzedzeń rasowych. Uprawia krótkie formy, głównie opowiadania. Pisze oszczędnym, rzeczowym, precyzyjnym stylem. Znakomicie posługuje się ironią i czarnym humorem.

Twórczość:

  • "Kalahari", Twój Styl, Warszawa 2003,
  • "Królestwo potrzebuje kata", Twój Styl, Warszawa 2004,
  • "Antylopa szuka myśliwego", Twój Styl, Warszawa 2006,
  • "Lidia z Kamerunu", Twój Styl, Warszawa 2007,
  • "Achtung! Banditen!", W.A.B, Warszawa 2009,
  • "Soweto - my love", W.A.B., Warszawa 2012.
Wojciech Albiński - portret pisarza
 

Pisarz, który przez blisko trzydzieści lat mieszkał w Botswanie i RPA, uważa, że Afryki nie można zobaczyć. Trzeba ją przeżyć. Jako geodeta wiele miesięcy spędzał w buszu wytyczając tereny pod fermy, osady i kopalnie.

Jego zdaniem busz to żywioł, podobnie jak morze. Człowiek jest pośrodku, płynie. Ale czy jest sens fotografować wodę?

Herr Leutnant żartował

Urodził się w 1935 w rodzinie Wacława Dominika Albińskiego, prawnika pracującego w Ministerstwie Komunikacji, i Janiny z Mazowieckich.

Jego pierwsze wspomnienia związane są w wybuchem wojny. To z tego czasu pochodzą opowieści, dialogi i obrazy, które dziś może z łatwością przywołać. Pamięta, jak ojciec mówił, że w Warszawie na Dworcu Głównym czeka na nich pociąg. Ojciec otrzymał polecenie służbowe: opuścić Włochy, miasteczko nieopodal stolicy, dom, do którego razem z rodziną sprowadził się rok wcześniej, i ruszyć na wschód. Czas naglił. Niemieckie dywizje były blisko.


Pociąg, którym jechali, składał się z pulmanowskich wagonów. Przedziały zajęli urzędnicy wyższego szczebla. Na wypadek okrążenia stolicy mieli zawiadywać transportem z nowego ośrodka utworzonego na południu lub wschodzie kraju. Razem z urzędnikami - był wśród nich wiceminister kolejnictwa - jechały rodziny.

Na korytarzu Albiński spotykał kilkunastoletniego chłopaka, za młodego, by objęła go mobilizacja. Z okien widzieli atakujące pociąg samoloty. Bomby nie trafiły w cel.

16 września zatrzymali się w Równem na Wołyniu. Następnego dnia rano pociąg miał ruszyć dalej. Niektórzy pasażerowie zdecydowali się zanocować w hotelu. Ten błąd popełnili również państwo Albińscy. O świcie stwierdzili, że pociąg odjechał, za to w miasteczku pojawili się Sowieci. Podróżni, którzy pozostali w przedziałach, trafili do Francji, a potem do Anglii. Chłopak, z którym przyszły pisarz stał na korytarzu i patrzył przez okno na pasące się na łąkach krowy i krążące wysoko niemieckie samoloty, zginął w czerwcu 1944 podczas lądowania aliantów w Normandii.

Państwo Albińscy postanowili przedrzeć się do domu. W wydanej w 2009 roku wspomnieniowej książce "Achtung! Banditen" prozaik wspomina, że po sforsowaniu Bugu wpadli w ręce Niemców. Żołnierze odprowadzili ich do komendantury.

"Bawiąc się metalowymi guzikami płaszcza, stanął przed nami młody oficer Wehrmachtu. 'Bolszewicy?' - zapytał. 'Nie'. Leutnant się nieco zasępił. 'Szkoda... Bo bym was kazał rozstrzelać.' Za oficerem stał Gefreiter. Robił grymasy i miny, dawał nam poznać, że przełożony żartuje."
(Wojciech Albiński, "Achtung! Banditen")

 

 

 

  • Sto metrów od Warszawy

    Czytał wtedy książki wydawane nakładem popularnej przed wojną oficyny Rój, najchętniej Karola Maya. Imponował mu traper Sępi Dziób, mistrz świata w pluciu. Śliną strzykał tak celnie, że osobie, której traper nie darzył przesadną sympatią, plwocina skapywała z ronda kapelusza prosto do przygotowywanej nad ogniskiem fasolki. Innym z bohaterów tamtego czasu był tonący w ramionach kochanek hrabia Alfonso. W tym towarzystwie na plan pierwszy wybijał się doktor Sternau. Z każdej strzelaniny wychodził cało, bo wpadł na genialny w swojej prostocie pomysł, że od kul można się uchylić.

    Pewnego dnia Albiński dostał książkę, przy której zbladły wszystkie poprzednie. Została wydana w 1930 roku, a jej autorem był starszy sierżant Józef Białoskórski. Tytuł brzmiał "Dżungla zgrozy". To historia oddziału Legii Cudzoziemskiej, który szuka zagubionej w Afryce ekspedycji geologów.
    - Najważniejsze decyzje w życiu wcale nie muszą zostać podjęte z racjonalnych powodów. Któregoś razu w miasteczku, gdzie spędziłem młodość, zobaczyłem błyszczącą tabliczkę z reklamą popularnej w latach 30. kawy zbożowej. W wyścigu wygrywa czarnoskóry zawodnik, daleko w tyle biali. Napis głosi: 'Enrilo przoduje wśród namiastek'. Tabliczka wisiała w sklepie spożywczym pana Matulewicza na rogu ulic Sieradzkiej i Miłej. Jakiś czas później ktoś podsunął mi powieść napisaną przez starszego sierżanta. Obawiam się, że to wszystko nie było bez znaczenia dla mojego przyszłego losu.
    (Bartosz Marzec, "W dżungli zgrozy", "Rzeczpospolita" 25.07.2009)
    Dom, w którym w czasie wojny Albiński mieszkał razem z rodzicami, znajdował się sto metrów od granic Warszawy. Od stolicy oddzielała go linia widoczna tylko na mapach. Pisarz wspominał, że 1 sierpnia 1944 dowódcy AK z tego rejonu ocenili sytuację zgodnie z wojskowym przygotowaniem i nie dali rozkazu do rozpoczęcia powstania warszawskiego.

    Albiński i jego rówieśnicy z dachów patrzyli na walczące miasto. Jak zauważył, Niemcy zachowywali się spokojnie, na podpalanie budynków było miejsce pięćset metrów dalej.

    16 września sytuacja się zmieniła. Niemcy rozpoczęli aresztowania. Zatrzymali cztery tysiące mężczyzn. Dwa tysiące z nich zginęło. Wśród nich ojciec Albińskiego.

    We Włochach zaprzyjaźnił się z chłopcem, który tak jak on kochał literaturę. Lista lektur została poszerzona o książki Czechowa i Anatola France'a. Był to Marek Nowakowski. Po latach znany pisarz tak wspominał kolegę:
    "Był chłopcem powściągliwym, dobrze wychowanym. (...) Żywioł codzienności, który nas otaczał, interesował go znacznie mniej od książek. Unikał drastyczności, wulgarnych słów i nie bratał się z węglarzami."
    (Marek Nowakowski, "Historia niezwykłego debiutu", słowo wstępne do książki Wojciecha Albińskiego "Kalahari")
  •  

     

     

     

    Pod szczęśliwą gwiazdą

    Ukończył warszawskie gimnazjum Górskiego, potem studia na Wydziale Geodezji Politechniki Warszawskiej. Współtworzył miesięcznik literacki "Współczesność" i drukował tam felietony, opowiadania oraz wiersze. Poezję zdarzało mu się pisać także potem, trochę z przyzwyczajenia. Dziś nie bez ironii mówi, że jak się skończyło 20 lat, nie wypada zajmować się wierszami.

    W 1963 roku razem z żoną Wandą wyjechał na wycieczkę do Paryża. Do Polski po raz pierwszy przyjechał w 27 lat później.

    Pracę znalazł w Szwajcarii. Naprzeciw genewskiego ratusza zobaczył szyld firmy geodezyjnej. Dom, w którym się mieściła, zbudowano w roku 1600. Do biura prowadziły schody z czasów Kalwina. Codziennie mijał pensjonat na Champel z tablicą upamiętniającą pobyt Josepha Conrada. W archiwum firmy znalazł mapy sporządzone wiek wcześniej przez inż. Stryjeńskiego, oficera, który wyemigrował po upadku powstania listopadowego. Na pozostawione przez Polaka kamienie graniczne Albiński natrafiał w winnicach nieopodal Genewy.

    Po sześciu latach oświadczył przełożonym, że odchodzi, jedzie do Afryki. "Po co?" - spytali. "Z ciekawości" - odparł. "Jesteś ciekaw, jedź na wycieczkę" - nie ustępowali. "To nie to samo - wyjaśnił. - Chcę tam żyć." Wspominał potem:

    "Kiedy z Protektoratu Beczuanaland przyszła koperta z biletem na statek, wydało mi się to zupełnie naturalne i oczywiste. W miesiąc później siedziałem pod namiotem na środku pustyni Kalahari. Miałem dokonać pomiarów terenów pomiędzy Kalamare, Mahalapye i Shushong. Przyjaciele mówili, że pomagam krajom rozwijającym się. Inni, że chcę być ostatnim kolonistą. A ja wiedziałem, że to sprawa gwiazdy, pod którą się w Warszawie urodziłem."
    (Wojciech Albiński, "Królestwo potrzebuje kata")

    Albiński wsiadł na statek, który płynął z Barcelony do Mombasy w Kenii. Na ląd zszedł w Capetown. Od pracodawcy otrzymał bungalow na przedmieściach Gaborone, stolicy Botswany. W domku znajdował się kominek na kilka chłodnych wieczorów. Przedstawiono mu ogrodnika i służącą. Zapoznał się z etykietą. Kolonializm przeżywał zmierzch, ale wciąż obowiązywał styl home counties, arystokratycznych domostw angielskich.

    Zaopatrzono go w mapy, sztucer i dwa zbiorniki: na wodę i na benzynę. Z Polski przywiózł książki, m.in. "Zwycięstwo i Ocalenie" Conrada.

    - Dostałem dwa land-rovery, w jednym jechały narzędzia, w drugim ja i robotnicy. Pojechaliśmy na azymut, w pustynię, zakładać siatkę triangulacyjną, teraz się tego nie robi, bo jest GPS. (...) Obserwacje należało robić wcześnie rano, czego unikałem, albo między godz. 18 a 19, w ciągu dnia słońce było zbyt silne, czyli cały dzień miałem dla siebie. Miałem tyle czasu, że mogłem przeczytać Prousta. Matka przysłała mi całość z Warszawy do Genewy; nierozpakowaną paczkę, w tych samych sznurkach, przewiozłem do Afryki i wrzuciłem do land-rovera.
    ("Proszę powiedzieć, gdzie leżą zwłoki". Z Wojciechem Albińskim rozmawia Katarzyna Bielas. "Duży Format" 24.11.2008)

    Pisał wtedy wiersze, a niektóre z nich zamieściła paryska "Kultura". W jednym z nich mówił o "kraju pustynnym i kamieni pełnym", gdzie "ostatnie wolne węże śpią pod baldachimami z żyraf" a "piaski płoną co rano nad żwirowiskami".

     

    Jutro pokażę ci jego grób

    Mówi, że zaczął pisać opowiadania, bo nie mógł wszystkiego zapamiętać. W Botswanie i RPA zebrał wiele historii i szkoda by mu było, gdyby się zmarnowały.

    W tytułowej prozie z debiutanckiego tomu "Kalahari" opisał historię geodety Liwskiego, którego syn, Jan, razem z przyjaciółmi wyruszył land-roverem na bezkrwawe safari. W sześć dni później geodeta otrzymał wiadomość nadaną znad zalewu Okavango. Jan zapadł na malarię mózgową i w każdej chwili mógł umrzeć. Liwski natychmiast wyrusza na ratunek. Kiedy udaje mu się wreszcie dotrzeć do zagubionego w buszu "Crocodile Camp", okazuje się, że chłopcu pomógł tajemniczy doktor Szwajcar. Problem w tym, że nie wszyscy doktora widzieli, a ci, którzy mieli ku temu okazję, nie potrafią powiedzieć o nim nic konkretnego. Chata, w której miał mieszkać ze swą żoną, nie istnieje. Liwski postanawia jak najszybciej przewieźć syna do miasta. Obawia się, że atak malarii może powrócić. Syn uspokaja go jednak powtarzając: "On mnie znajdzie". "Kalahari" można odczytać jako poruszającą opowieść o Bogu.

    Książkę entuzjastycznie ocenił Ryszard Kapuściński:

    "Wojciech Albiński dzieli się w tych opowiadaniach swoim długoletnim doświadczeniem afrykańskim. To, o czym nam mówi, czerpie z własnego, pasjonującego życia - dlatego mu wierzymy. Wartość tej książki podnosi jeszcze jej barwny styl i piękny żywy język."
    (Rekomendacja Ryszarda Kapuścińskiego na okładce tomu "Kalahari")

    Z kolei Marek Nowakowski nazwał tę prozę rzeczową i sugestywną, finezyjną w formie i bogatą w treści. Pisał, że to świetna literatura wciągająca w tajemnice nieznanego świata, zbudowana z głębokich przeżyć i osobistych doświadczeń autora. Podkreślał duży talent narracyjny pisarza.

    Wśród krytyków, którzy recenzowali książki Albińskiego, znalazł się też Jacek Trznadel. W jego opinii obrazy tej prozy będą nieraz cytowane. Dodał, że taki już jest los książek, które na naszych oczach zdobywają rangę klasyki. Autora porównał do Conrada i Coetzee'ego.

    W drugim tomie opowiadań, "Królestwo potrzebuje kata" (2004), Albiński napisał o ogłoszeniu zamieszczonym w gazecie przez pewnego monarchę. Jego państwo pilnie potrzebowało kata. Tego zadania nie mógł się podjąć tubylec - rodzina byłaby napiętnowana. Nadeszło wiele ofert, w tym kilka z Polski, z Pomorza i Śląska.

    W tej samej książce zajął się też trudnym procesem pojednania po zniesieniu apartheidu. Opowiadanie "Komisja" dowodzi, że Albiński nie tylko śledził historyczne przemiany w RPA, ale też poznał mentalność mieszkańców tego kraju. Opisał posiedzenie Komisji Prawdy i Pojednania, przed którą stawali winni zabójstw z przyczyn politycznych. Jeżeli przyznali się do winy, wskazali wspólników oraz wyjawili miejsce ukrycia zwłok, mogli być pewni amnestii.

    Między matką zamordowanego opozycjonisty a aresztowanym funkcjonariuszem, który wykonał wyrok, wywiązuje się taka rozmowa:

    - To była nasza wspólna bieda, Matabela...
    - Jutro pokażę ci jego grób, matko...
    - Przestanę po nim płakać, Matabela.
    - Okryję jego kości kocem, matko.
    - Idź, Matabela... Nie jesteś mym wrogiem.
    - Zamiotę ziemię przed twym domem, matko.
    (Wojciech Albiński, "Królestwo potrzebuje kata")

     

     

     

  • Słowo ojca Izydora

    W 2006 ukazał się trzeci tom opowiadań Albińskiego, najdojrzalszy w jego dorobku. Albiński, jak zawsze, unika wielosłowia. Jego zdyscyplinowana, oszczędna polszczyzna sprawia wrażenie tłumaczenia z angielskiego.

    Książka pokazuje pełnię pisarskich możliwości prozaika. Jest tu przypowieść ("Ojciec Izydor"), bardzo filmowe love story z rewolucją w tle ("Kto z państwa popełnił ludobójstwo") i pełna czarnego humoru scenka z afrykańskiej Fabryki Snów ("Śmierć plantatora").

    Historie zostały osadzone w afrykańskich realiach, ale ich wymowa jest uniwersalna. Pod każdą szerokością geograficzną ludzie żyją nadzieją, że wyższa siła dopomoże wtedy, gdy sytuacja staje się beznadziejna ("Moro i mistrz"). Na każdym kontynencie trafiają się tacy, którzy święcie wierzą, że ktoś, kogo nie widzieli na oczy, z dobroci serca obdaruje ich znaczną kwotę ("Antylopa szuka myśliwego"). W opowiadaniu "Ojciec Izydor", inspirowanym wydarzeniem z życia ojca Józefa Marii Bocheńskiego, Albiński mówi o duchownym, który zostaje wezwany do RPA by wypowiedział się jako ekspert w sprawie młodych ludzi podejrzanych o działalność komunistyczną.
    - Są dwa sposoby widzenia. W totalitarnym, jeżeli pojawi się przypuszczenie, że młodzi ludzie narobią kłopotów w przyszłości, najlepiej od razu temu zapobiec. Każdy, kto mógł być wrogiem, jest już wrogiem. (...) Po przyjeździe ze Szwajcarii ojciec Bocheński zadaje sobie pytanie: A co ci ludzie zrobili? Jakie zbrodnie popełnili? Okazuje się, że prawie żadnych. By ich obronić, kłamie w żywe oczy. Broni tych czarnych wiedząc, że należą do marksistowskiej organizacji. Na tym polega właśnie zderzenie dwóch systemów wartości, dwóch światów.
    ("Jest wiele niepotrzebnych krajów". Z Wojciechem Albińskim rozmawia Jan Strękowski. "Nowe Książki", 8/2006)
    Na podstawie opowiadania "Kto z państwa popełnił ludobójstwo" Joanna i Krzysztof Krauze chcą zrobić film "Ptaki śpiewają w Kigali". Autorzy "Placu Zbawiciela" mówią, że Albiński to autor spostrzegawczy i obdarzony poczuciem humoru, pisarz rozpoznawalny na świecie i mówiący o sprawach ogólnoludzkich.

    Pod koniec roku 2009 ukazał się tom jego autobiograficznych opowiadań "Achtung! Banditen!". Pisarz mierzy się w nim z doświadczeniem wojny, na której czas przypadło jego dzieciństwo. Mówi o chwilach poprzedzających burzę - atak Niemiec i ZSRR na Polskę, i tułaczce cywili po kraju podzielonym przez agresorów. Ukazując codzienność okupacji czy powstania warszawskiego, nie stroni od czarnego humoru, który podkreśla wyjątkowość tej literatury. Jego książka nie tyle opisuje grozę, co sprawia, że udziela się ona czytelnikowi.

    Autor: Bartosz Marzec, listopad 2009.
  •