Jej matka pochodziła ze zasymilowanej rodziny żydowskiej z Łodzi, ojciec był potomkiem pierwotnie bałtyckich, a potem spolonizowanych Niemców. Rodzice poznali się w Białymstoku i tam też Helena Bohle, zwana od dzieciństwa - a przez rozlicznych przyjaciół do końca życia - Lilką, spędziła swoje najmłodsze lata.
Po wojnie podjęła studia na Wydziale Grafiki PWSSP w Łodzi, gdzie jednym z jej profesorów był Władysław Strzemiński. Dzięki niemu - jak wielokrotnie wspominała - nauczyła się cenić w sztuce klarowną kompozycję, kunszt warsztatu i mistykę geometrii. Jednak swą głęboką potrzebę ekspresji w języku sztuki Szacka miała zacząć realizować dopiero na obczyźnie. W Polsce pracowała m.in. jako projektantka mody i kierowniczka artystyczna znanych domów mody w Łodzi i Warszawie, osiągając zresztą wiele sukcesów. Wykładała także na macierzystej uczelni.
W 1968 roku, po antysemickiej nagonce wyemigrowała do Berlina Zachodniego. Przez wiele lat była docentem w berlińskiej Lette-Schule, gdzie wykładała grafikę i komunikację wizualną. Współpracowała z polskimi wydawnictwami emigracyjnymi i niemieckimi oficynami jako autorka ilustracji i projektów okładek do wielu książek, głównie tomików poezji. Sama wydała dwie autorskie książki, "Od drzewa do drzewa" oraz "Ślady i cienie". Była kierowniczką artystyczną galerii przy Klubie Inteligencji Katolickiej w Berlinie. I wreszcie - rozwinęła własną twórczość artystyczną, w której nawiązywała do doświadczeń wschodnioeuropejskiego konstruktywizmu.
Jej obrazy nie są odbiciem rzeczywistości, lecz kreują całkiem nowe, najczęściej abstrakcyjnie ujęte światy, które stanowią wyraz intuicyjnego postrzegania zaszyfrowanego porządku rzeczy. Harmonijne współgranie geometrycznych form zakłócają niekiedy niepodziewane pęknięcia, elementy chaotycznego bezładu, coś zostaje oderwane, przesunięte, oddzielone. Tę niepokojącą dynamikę równoważy jednak rytm klasycznej kompozycji.
Ale nie tylko abstrakcyjna geometria była językiem artystycznym Heleny Szackiej. Sięgała ona często do motywu drzewa, uwypuklając szczególny dramatyzm, a zarazem harmonię formy. Tworzone przez nią "portrety drzew" nie są jednak rezultatem zwykłego zapatrzenia się w naturę. To miniaturowe opowieści filozoficzne o istnieniu.
Swe prace Helena Bohle-Szacka prezentowała na ponad czterdziestu wystawach, m.in. w Berlinie, Paryżu, Warszawie, Łodzi, Krakowie, Pradze, Wiedniu, Londynie i Kopenhadze.
Szacka tworzyła na obczyźnie, poza krajem, z którym poprzez rozlicznych przyjaciół była zawsze silnie związana. Przyjaciół zresztą stale przybywało, a jej berlińskie mieszkanie stało się istną mekką artystów, pisarzy, pogubionych emigrantów i wszelakich niespokojnych duchów rozmaitych narodowości, z różnych stron świata, z Polski i Niemiec, z Bułgarii i Brazylii, z Francji, Anglii, Izraela, Stanów Zjednoczonych, Kanady, Australii... Bywali u niej jeszcze za czasów komunizmu stypendyści niemieckich fundacji: Jacek Bocheński, Zbigniew Herbert, Wiktor Woroszylski, Ryszard Krynicki, Adam Zagajewski, Władysław Bartoszewski, bywali też emigranci: Sławomir Mrożek, Jerzy Lipman, Witold Wirpsza i jego żona Maria Kurecka.
Był jeszcze jeden trop jej życiorysu, do którego przez całe dziesięciolecia nie chciała wracać - los młodziutkiej polsko-żydowskiej więźniarki, przetrzymywanej najpierw w więzieniu w okupowanym Białymstoku, potem w obozie koncentracyjnym w Ravensbrück i wreszcie w niewielkim podobozie w bawarskim Helmbrechts, skąd ze współwięźniarkami pognana została w sławetnym marszu śmierci aż do Czechosłowacji. Na temat tych przeżyć milczała, chociaż obozowe doświadczenia głęboko ukształtowały jej osobowość. Nigdy jednak nie zaakceptowała tożsamości ofiary. Dopiero w ostatnich latach życia zaczęła występować w roli świadka historii, uznając, iż jest to jej obowiązek. Nigdy nie epatowała grozą obozowych doświadczeń, opowiadała o sobie w niewyobrażalnym świecie, z którego udało się jej wyzwolić.
Helena Szacka zmarła 21 sierpnia 2011 roku w swym berlińskim mieszkaniu. W swej książce "Ślady i cienie" artystka napisała:
"Dawno, dawno temu, po zgaszeniu wieczornych świateł zaczynałam się dziwić. Dziwiłam się, że ja to ja, że istnieję, i pytałam siebie, co to wszystko ma w ogóle znaczyć. Dziwiłam się tak bardzo, że w pewnej chwili zostawiałam swoje łóżko, swoje ciało i ulatywałam w czarną przestrzeń. Było to przerażające i wspaniałe. W miarę upływu czasu straciłam tę zdolność, może życie i moje odczucia stały się zbyt realne. Tęsknię za tym stanem i mam cichą nadzieję, że odchodząc odzyskam zapomnianą niewinność i znów wejdę w tamtą przestrzeń".
Autor: Ewa Czerwiakowski, sierpień 2011