O "Obławie" Joanny Siedleckiej


[Joanna Siedlecka: Obława. Losy pisarzy represjonowanych. Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2005, s. 440.]
Książka Joanny Siedleckiej Obława. Losy pisarzy represjonowanych powstała na fali mody - mody tyleż zrozumiałej, co podejrzanej o zbyt tanią zapalczywość. Siedlecka opisuje przypadki kilkunastu ludzi pióra (konkretnie: Wojciecha Bąka, Jerzego Brauna, Stefana Łosia, Władysława Grabskiego, Heleny Zakrzewskiej, Jerzego Szaniawskiego, Jerzego Kornackiego, Melchiora Wańkowicza, Januarego Grzędzińskiego, Pawła Jasienicy, Ireneusza Iredyńskiego i Jacka Bierezina - wymieniam według kolejności zastosowanej w książce), w których losy wplątała się aktywnie władza (np. partia, służba bezpieczeństwa itp.), "karząc" ich w rozmaity sposób za postawy, poglądy i uczynki. Represjonując. Przez całe dziesięciolecia były to tematy tabu, szeptane lub w najlepszym przypadku opisywane w drugim obiegu, więc dziś - kiedy zapora runęła - wypłynęły one wysoką falą na warsztaty rozmaitych kronikarzy (niektórzy zaczęli się specjalizować w tym "gatunku", np. Anna Bikont i Joanna Szczęsna), animując "nurt rewindykacyjny", czyli upominający się o prawdę historyczną dotyczącą konkretnych osób i ich twórczości, walczący o obraz "literatury prześladowanej" drugiej połowy XX wieku.

Sprawa nie jest, niestety, jednoznaczna. Choćby dlatego, że o ofiary systemu upominają się ich współcześni wciąż uwikłani w rozmaite "uzależnienia" poglądowe i mający sprzeczne filiacje "doktrynalne". Ot, na przykład Jerzego Andrzejewskiego (nieobecnego w książce Siedleckiej) można dziś przedstawiać jako pisarza prześladowanego (Bikont i Szczęsna) lub jako sługusa czerwonych, który pod ich dyktando napisał Popiół i diament (Kąkolewski). Kosiński może być dla jednych traumatycznym dzieckiem Holocaustu, dla innych (książka Siedleckiej Czarny ptasior) zakłamanym pisarzem uciekającym przed prawdą o własnym ojcu. Wielu ludzi pióra miało tak poplątane życiorysy, że byli zupełnie kimś innym w kilku okresach swojej biografii. Czy na przykład Kornacki, któremu władza dała mieszkanie przy Kawęczyńskiej po Bierucie, lub Andrzejewski, który wprowadził się do mieszkania po Gomułce przy Zygmuntowskiej, to byli ci sami pisarze, jakich ta sama władza później znienawidziła?

Kiedy Artur Sandauer pisał swoją rozprawkę "O sytuacji pisarza polskiego pochodzenia żydowskiego w XX wieku", dodał do tytułu podtytuł: "Rzecz, którą nie ja powinienem był napisać"... Może owe "książki rewindykacyjne" powinni pisać ci, którzy przyjdą (z mędrca szkiełkiem i okiem), a nie ci, którzy wszystko widzieli (z wiarą i czuciem)? Niezbędny jest dystans, a nie sama niechęć do minionego systemu - taką ryzykowną tezę stawiam na sam początek tej recenzji.

Książka Siedleckiej opisuje tak rozmaite mechanizmy pisarskiej anatemy oraz wzbudza tak przeciwstawne, a przynajmniej różnorakie emocje i refleksje, że w końcu niejasnym się staje, co tak naprawdę z niej wynika.

Jedno jest pewne: koszmarny był "układ", który powodował, że władza i środowiska twórcze żyły "w bliskim uścisku" i za obopólną zgodą były sobie niezwykle potrzebne. Twórcy byli władzy niezbędni jako jej legitymizacja i wizytówka, jako jej intelektualna podpora i zaplecze. Władza chętnie widziała artystów w sejmie, na placówkach dyplomatycznych, na wysokich posadach, jakby chciała powiedzieć: "Popatrzcie, kto nas reprezentuje!". Związek Literatów Polskich był potęgą. Przydzielał stypendia i mieszkania, sterował decyzjami wydawniczymi, załatwiał pisarzom opiekę lekarską (także w klinice rządowej na ulicy Emilii Plater), decydował o ich sprawach bytowych, a nawet - bywało -prywatnych... Dodajmy od razu: w zasadzie działo się to wszystko za zgodą literatów! Poza ZLP nie było się pisarzem, lecz tylko literackim aspirantem albo wyrzutkiem środowiska. Jeśli prezydium ZLP lub sądy koleżeńskie usuwały kogoś z listy członków, co zdarzyło się m.in. Kornackiemu czy Grabskiemu, było to równoznaczne ze "śmiercią cywilną". Władza podtrzymująca taką "potęgę korporacyjną" i sowicie nagradzająca jej koryfeuszy żądała oczywiście lojalności, dyscypliny i względnego posłuszeństwa.

Czytanie więc książki Joanny Siedleckiej jako opowieści o reżimowym wilkołaku byłoby wynikiem tendencyjnego nastawienia. Wart był Pac pałaca. Tego "niedźwiedzia" władza i literaci robili sobie z wzajemnością, czasami nawet z entuzjazmem i dumą. A potem wychodził z tego wszystkiego pocałunek śmierci, no bo wystarczyło nie tak się skrzywić, żeby władza wpadała w srogi gniew. Znamienny jest przypadek Melchiora Wańkowicza - władze PRL stawały na głowie, żeby przekonać go do powrotu do Polski; słały doń emisariuszy, dawały pisarzowi pieniądze, mieszkanie, z czego skwapliwie korzystał, a gdy tylko tu, na miejscu, przestał chodzić na smyczy, "miłość" zamieniła się w nienawiść.

Książka Siedleckiej opisuje trzy wyraziste etapy tych stosunków. Pierwszy to lata 50., okres Bieruta i tzw. "wczesnego" oraz "średniego Gomułki".

To wtedy Władysław Grabski wpadł w poważne kłopoty tylko dlatego, że Natalia Gałczyńska doniosła na niego, iż napisał nieprzychylny (jej zdaniem) poemat o srebrnym Konstantym. Jerzy Kornacki, niegdysiejszy przyboczny Bieruta, trafił do więzienia, bo rozsyłał anonimowo satyryczne i erotomańskie tekściki oczerniające znajomych, co urosło do rozmiarów politycznej afery. Do kłopotów Wojciecha Bąka w dużej mierze przyczynili się koledzy z poznańskiej literackiej kamieniczki przy ulicy Noskowskiego, którzy czyhali na jego mieszkanie, oraz władze ZLP, które traktowały homoseksualistę i katolickiego poetę jak raroga.

Szef wrocławskiego ZLP, Stefan Łoś, też "poległ" jako raróg, a konkretnie właśnie jako homoseksualista. To, co władza wybaczała pisarzom prominentnym (np. Machowi), nie uchodziło pisarzom drugorzędnym i niepokornym, a Łoś był na dodatek przedwojennym hrabią, aktywistą harcerskim i autorem źle widzianej powieści Strażnica. Czyli postać niewygodna. Więziony, zaszczuty, sprowadzony do upodlającego parteru, zmarł w nędzy i zaniedbaniu. Na oczach własnego, nie ukrywajmy: podłego, środowiska. Homoseksualizm nie był w latach 50. bezpośrednim powodem prześladowań, ale najczęściej przelewał szalę niechęci. Tak było z Jerzym Zawieyskim. Do dziś nie ma wystarczających dowodów na tezę, że bezpieka upozorowała jego samobójstwo, ale jest sprawą oczywistą, że władza odwróciła się od niego, gdy przestał być marionetkowym posłem ówczesnej quasi-opozycji. Kim był naprawdę? Joanna Siedlecka pisze, że oportunistą, pisarzem bez charakteru i bez talentu, na dodatek upojonym swoją pozycją, pieniędzmi i luksusami życia.

Niejasna jest dla mnie zupełnie "sprawa Szaniawskiego". Niezbyt chętnie traktowany jako "obszarnik z Zegrzynka" i odludek, raczej nie lubiany przez socrealistów, bardziej sam siebie skazał na domowe wygnanie i więzienie, niż był ofiarą represji, jego sława dramaturga zaś zawsze się broniła i pozostawała nienaruszalna, przynajmniej jak na polskie obyczaje.

Powyższe "przypadki" łączy jedno: przesłanki polityczne tych akurat "prześladowań" były zupełnie drugorzędne lub absurdalne; niektóre z tych postaci (np. Kornacki) skompromitowały się własnym postępowaniem i serdecznie zasłużyły sobie jeśli nie na los, jaki je spotkał, to co najmniej na przykrości; inne (np. Zawieyski) w ogóle nie pojmowały, w jakiej grze biorą udział, i kompromitowały się rozchwianiem własnego porządku aksjologicznego; jeszcze inne (np. outsider Szaniawski) stały się jakby przez przypadek "ofiarami reżimu". Oczywiście, w każdym z tych przypadków władza ponosi odpowiedzialność za nadużywanie prawa. Ale władza przejawiająca ordynarną głupotę, a nie zbrodnicze zamiary. Tak to przynajmniej wygląda z dzisiejszej perspektywy.

Kolejna grupa opisywanych przez Siedlecką spraw ma już poważniejszy charakter. To lata 60., kiedy coraz bardziej szarej stabilizacji gomułkowskiej towarzyszył coraz większy lęk o jej utrzymanie. Walka z nieposłusznymi pisarzami stawała się ostrzejsza, bezpardonowa i nerwowa. Rozmiary inwigilacji nasiliły się w porównaniu - to paradoks! - do okresu stalinowskiego.

Właśnie Jerzy Braun był najwcześniejszą i najprawdziwszą ofiarą represji politycznych jako przedstawiciel poprzedniej, sanacyjnej Polski i członek zespołu "Tygodnika Warszawskiego", choć i tak nad pamięcią po nim wisi podejrzenie, że w ostatnim (rzymskim) okresie swego życia został TW (używając nomenklatury IPN). Ale dopiero w sprawie Melchiora Wańkowicza bezpieka osiągnęła szczyty inwigilacji. Wtedy, w latach 60., dobrano się na dobre do grona zacnych starców, którzy nie chcieli "jeść z ręki". Eskalacja represji nasiliła się po sławnym "Liście 34". Wańkowicz dostał trzyletni wyrok więzienia i wprawdzie skończyło się na stosunkowo krótkim areszcie, lecz był to kolejny poważny sygnał determinacji ekipy Gomułki, Kliszki i Moczara, że nie uchylą się nawet przed sprawami bulwersującymi międzynarodową opinię publiczną. Między innymi w 1967 roku rozwiązano klub dyskusyjny ZLP "Ognisko", który był enklawą wolnej myśli. Na drugi strzał poszedł January Grzędziński, szwagier legendarnego Andrzeja Struga, też sygnatariusz "Listu 34" - pisarz niesubordynowany, współpracujący z "zachodnimi ośrodkami dywersji", który w 1968 roku mówił to, co myślał. Starano się go umieścić w Tworkach, co się, na szczęście, nie udało. Ale wylano na głowę starca wiadra pomyj, nasłano pracowitych tajniaków, odbyto surowe, potępiające sesje sądu koleżeńskiego itp.

Grzędziński należał do "bandy trzech", w której za kolegów miał jeszcze Kisiela i Jasienicę. Właśnie ten ostatni, Leon Lech Beynar, stał się "sztandarową" ofiarą 1968 roku. Wyciągając jego przeszłość z czasów Łupaszki, Gomułka zdemonizował kwestię "pisarskiej dywersji" i po prostu zemścił się na intelektualiście, który od zawsze mówił i pisał to, co chciał. Sprawa Jasienicy miała dwa precedensy: po pierwsze była sprawą najbardziej spośród tego typu przypadków upublicznioną i propagandowo rozdmuchaną; po drugie, bezpieka posłużyła się do inwigilacji Jasienicy osobą, która została żoną pisarza i nawet po ślubie zapalczywie pełniła swą służbę. Choć od kiedy wiemy, że funkcjonariuszkami NKWD były Lili Brick i Elsa Triolet - nic już nas zdziwić nie może.

I w końcu dwie ostatnie egzemplifikacje Siedleckiej - Iredyński i Bierezin. Przykłady odmienne od poprzednich i zahaczające o epokę gierkowską.

Iredyński - birbant i grasant, jak to się ładnie mówiło. Alkoholik-awanturnik. Polski Genet. W 1966 roku skazany na trzy lata więzienia za usiłowanie (sic!) gwałtu. Całą karę odsiedział. Inwigilowany i sekowany jako pisarz bez przerwy. I Bierezin - pierwsza "ofiara Gierka"; może symptomem nowej epoki był fakt, że półtoraroczny wyrok dostał w zawieszeniu, a w redagowanym przez niego samizdatowym "Pulsie" w stopce redakcyjnej były już prawdziwe, nie zakamuflowane nazwiska redaktorów. W stanie wojennym internowany, po czym wyemigrował do Francji i USA. Bon-vivant i alkoholik.

Iredyński i Bierezin to bardziej niż działacze polityczni - literaccy straceńcy. Jeden i drugi - enfant terrible. Niepogodzeni z systemem, tak jak i z życiem. Nie lubiani przez władzę, bo też nie pasujący do jej "obyczaju" i nie poddający się żadnej kindersztubie obywatelskiej. Ale czy dysydenci?

Jedno jest pewne: Siedlecka w tym wachlarzu przykładów ukazała różne etapy peerelowskiego kontredansu władzy z pisarzami i różne odmiany karanej przez system "winy". Od czysto politycznej po obyczajową.

Dwie kwestie wynikające z tej książki są kuriozalne. Wspomniane już przeze mnie wzajemne uzależnienie władzy i środowiska pisarskiego oraz wynikająca stąd wszechmocna pozycja instytucjonalna ZLP. Dziś (choć myślenie diachroniczne przy recepcji tego typu książek jest zwodnicze) stowarzyszenia twórcze mają pozycję żebraczą, pisarze mogą pisać, mówić i manifestować, co chcą, nie wspominając już (na szczęście!) o swobodzie preferencji seksualnych, a kolejne władze nic sobie z tego nie robią. Nic a nic! Nie mają też wpływu na rynkową obecność pisarzy, na ich przynależność czy wykluczenie ze stowarzyszeń... A literatura i jej środowiska nadal borykają się z poważnymi problemami - tyle że zupełnie innej natury.

Druga kwestia to rodzące się pytanie o kondycję moralną środowiska pisarskiego. Książka Siedleckiej obnaża nie tylko zło i głupotę systemu. Obnaża także degrengoladę samego środowiska. Już nie chodzi o donosicieli; to poplątanie jest o wiele bardziej skomplikowane, in plus oraz in minus. Oto dowiadujemy się na przykład, że w sprawie Brauna interweniowali Jerzy Borejsza, Stefan Żółkiewski i Władysław Broniewski, w obronie Bąka stawał Stanisław Ryszard Dobrowolski, w obronie Wańkowicza - Wojciech Żukrowski (który także najpierw oskarżał, ale potem z własnej inicjatywy rehabilitował Grabskiego), w obronie Iredyńskiego - Tadeusz Kubiak, a za wspomnianą "bandą trzech" na sądzie koleżeńskim ujęła się Halina Auderska... Ale także zaskakuje nas, że pomyje na Wańkowicza wylewał Zygmunt Hertz z paryskiej "Kultury" i obrzucał oskarżeniami Kazimierz Koźniewski, że Iredyńskiego potępiła Irena Krzywicka ("etatowa" rewolucjonistka moralna), a w sprawie Bąka nagannie popisał się Egon Naganowski (inny prześladowca Bąka, Bogusław Kogut, ówczesny hunwejbin środowiska poznańskiego, po latach popełnił samobójstwo, częściowo z powodu wyrzutów "sumienia politycznego") i sam Leon Kruczkowski, który jednak w 1956 roku wystąpił do prokuratury ze sprzeciwem w sprawie ubezwłasnowolnienia poety...

Nawet osoby wtajemniczone mogą być zaskoczone tymi faktami - oto jak niejednoznacznie zachowywali się różni pisarze, którzy dzisiaj mają przypięte do nazwisk jednoznaczne łatki.

Nie zmienia to faktu, że zło siedziało nie tylko w systemie i nie tylko w bezpiece. Siedziało także w tym literackim bagienku, w ludziach, w charakterach, w zawiści, w głupocie - a więc w "powodach uniwersalnych".

Zamykając tę trudną, bolesną, acz sensacyjną książkę Joanny Siedleckiej, zastanawiam się jednak nad jej sensem. Czy to pranie brudów ma swoją rację? Czy tzw. utrwalenie prawdy uzasadnia tę pracę? Wiem, że tak. Lecz wiem także po tej właśnie lekturze, że ta prawda nie jest jednoznaczna. Obciąża ona tyleż dawny ustrój przemocy i jego funkcjonariuszy, co ludzkie charaktery i "mentalność środowiska". Wyważenie winy jest w każdym przypadku indywidualne. Ale powstaje także automatycznie pytanie o dzień dzisiejszy: demokracja rozwiązała pewne ważne problemy, ale nie rozwiązała innych. Środowiska literackie nadal są gotowe potopić się w łyżce wody, a stopnia ich inwigilacji przez system po prostu nie znamy... Czy na pewno inwigilacja ta umarła wraz z PRL?

I jeszcze jedno. Siedlecka w większości rozdziałów tej pracy wchodzi w bardzo intymne, osobiste szczegóły życia swoich bohaterów. Podaje do wiadomości publicznej fakty, które w ramach ochrony dóbr osobistych i danych osobowych powinny być objęte klauzulą poufności także w odniesieniu do zmarłych. Siedlecka to literacki paparazzo! Wszystko się we mnie buntuje przeciw temu. Wiem, że przeczytałem książkę walczącą o prawdę historyczną, ale też wiem, że jest to książka napisana na wysypisku śmieci. Odpadki, paprochy, odór - a nad tym wszystkim krążący czarny ptasior autorki.

Leszek Żuliński
© by "Twórczość" 2006
 


Oceń:
(40 głosów)

Robert Więckiewicz otrzymał nagrodę za najlepszą rolę męską na 27. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Tokio. Wyróżniono go za postać Jurusia w filmie...

Międzynarodowe jury wybrało malarzy, o których ma być głośno w przyszłości. Wróżymy dobre czasy dla malarstwa i spośród 100 wschodzących gwiazd wybieramy...

Tatarska grupa rekonstrukcyjna "Kresy" w Kruszynianach, fot. Anatol Chomicz / Forum

Do połowy 2015 roku w podlaskich Kruszynianach powstanie Centrum Edukacji i Kultury Muzułmańskiej Tatarów Polskich. Znajdzie się tam muzeum i sala historyczna.

Prayer book of Polish Tatars from the XIX century. Photo: Anatol Chomicz / Forum

Skąd się wzięli, kim są, w co wierzą, gdzie się modlą, co jedzą - czyli wszystko, co chciałbyś wiedzieć o polskich Tatarach

Design Alive Awards, fot. materiały organizatora

Magazyn „Design Alive” po raz trzeci wyróżni wybitnych polskich twórców, kuratorów i managerów. Wśród nominowanych znalazła się Barbara Krzeska z Instytutu...

  •  
  • 1 z 860
Okładka (nid 5952074)

Między październikiem a styczniem z inicjatywy Instytutu Polskiego w Berlinie zaplanowano szereg wydarzeń, które uświetnią program promocji kultury polskiej...

Aktor José Luis Gómez nagrał pierwszą część wierszy do hiszpańskiego wydania audiobooka z poezją Czesława Miłosza.

Okładka (nid 3716489)

Opera Karola Szymanowskiego w inscenizacji angielskiego reżysera Davida Pountneya zostanie zaprezentowana w Teatrze Wielkim-Operze Narodowej w Warszawie...

Miesięcznik "Twórczość" 6/2008. Spis treści.

Muzeum Regionalne w Piasecznie

  •  
  • 1 z 651

Czy strój może być deklaracją polityczną? Czy można być modnym w czasach, gdy na półkach w sklepach dostępne są jedynie ubrania robocze? Czy wyglądem można...

Sztuka symboliczna, dążąca do uchwycenia istoty ludzkiego bytu istniała od zarania dziejów. Pełniła funkcje magiczne, rytualne i sakralne, służyła okiełznaniu...

Szymborska jest laureatką wielu nagród, ale dopiero Nagroda Nobla, mimo jej usiłowań, by wszystko zostało po staremu, musiała choć trochę zmienić jej życie....

Wiesław Myśliwski Warszawskim Twórcą 2014. Pozostali laureaci w czterech kategoriach tegorocznej Nagrody Literackiej m.st. Warszawy to Ignacy Karpowicz,...

Choć dla wielu pozostaje tylko jedną z odmian baletu przeznaczoną dla wtajemniczonych, polscy twórcy tańca współczesnego od lat walczą o należne im w historii...

  •  
  • 1 z 860